0
OSOBIŚCIE

Rok 2020 – najdziwniejszy i zarazem najbardziej rewolucyjny rok w moim życiu.

Nie wiem ile razy padło wyrażenie, że rok 2020 był przedziwny. Wuchta. Z jednej strony był to dziwny, ale jednocześnie (przynajmniej dla mnie) rewolucyjny i bardzo refleksyjny czas. 

Zabieram Was na szybką przebieżkę tego, co zmajstrowałam sama i razem z Wami w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Zaczęło się niewinnie.

Styczeń

Nowy Rok 2020 zaczynam od wyjazdu do Bormio. Był to prezent dla Alberto, który zafundowałam mu na Święta 2019. Cieszę się, jak dziecko, że trochę poleniuchujemy i odpoczniemy. Tymczasem dopada mnie gorączka i osłabienie, przez co resztę wyjazdu spędzam chrapiąc w hostelowym pokoju. Po powrocie do domu zdrowieje, jednak zapominamy też (pierwszy raz w życiu takie rzeczy), że kupiliśmy bilet na zimowy spektakl SLAVA’S Snow Show. Orientujemy się dopiero po tygodniu, że Oh mio dio! Zapomnieliśmy na śmierć o wyjściu do teatru!Robimy zatem drugie podejście w drugiej połowie stycznia. Wyjeżdżamy na weekend do Bormio, zaliczamy wykupione wcześniej Stare Termy, o których pisałam dla Was tutaj (klik) i wycieczkę na saniach zaprzężonych w Husky (tekst tutaj, klik). W czasie wyjazdu czuję się bosko, biegając w szlafroku przy temperaturze 2 stopni, obserwuję stadko koziorożców alpejskich. Myślę sobie, że ten mały peszek w pierwszym tygodniu stycznia to jakieś nieporozumienie. Ten rok na pewno będzie wyjątkowy, pewien wyzwań i nowych przygód.

Luty

Jadę do Polski na tydzień. Robimy z Alberto tournée po wszystkich możliwych urzędach. Jedziemy do Urzędu Stanu Cywilnego, spotykamy się z tłumaczem, wybieramy smaki tortu weselnego. Przymierzam suknię, zaliczam próbną fryzurę i makijaż u szalenie uzdolnionej dziewczyny. Jestem tym wszystkim strasznie podjarana, że za 3 miesiące będziemy hulać na naszym weselu. Brak jeszcze tylko kilku detali. 

Wracamy do Mediolanu. Wpadamy zrobić zakupy w supermarkecie i wtedy widzę u ludzi pierwszą falę paniki. Piszę post na moim fanpagu bloga (klik) i poruszam lawinę!

Rozdzwaniają się telefony, dostaję maile, wiadomości od ludzi. Fejsbuk prawie wybucha od komentarzy. Korona oficjalnie wjeżdża cała na biało, siejąc totalne zdezorientowanie, wprowadzając kwarantannę, barykadując ludzi w domach. Decyzje o naszym losie i strategia działania zmienia się dosłownie z godziny na godzinę. Nie wiemy co nas czeka, nie wiemy też, że to cholerstwo zamknie nas na kilka miesięcy w domach. Stajemy w szranki z wrogiem, którego nieudolnie usiłujemy pokonać.

Marzec

Dostaję z firmy oficjalną informację, że przez najbliższe trzy tygodnie zostaję w domu na kwarantannie. Początkowo cieszę się, że będę mogła odpocząć, wyprać stos prania. Zająć się sobą. Przy okazji robię trochę za covidovego reportera. Piszę kilka artykułów dla Onetu, pokazuję się w TV. Staram się pokazać ludziom, że nagłówki gazet tylko potęgują panikę, że warto się zdystansować. Czuję się wykończona odpisywaniem, tłumaczeniem co jest zamknięte, a co nie. Czy można podróżować, czy nie. Z drugiej strony stwierdzam, że każdy ma swój rozum i poczucie odpowiedzialności. Każdy ma też rozum w kwestii doboru informacji i umiejętności ich filtrowania. Każdy wybiera, jak chce myśleć. Czuję się przeciążona ilością wiadomości, fake newsami, rozdmuchiwaniem szczegółów do rangi armagedonu. Piszę przewodnik o winie (tutaj, kilk), historię o Bar Basso w Mediolanie (tutaj, klik) i jeszcze kilka innych wpisów. Staram się wyluzować, umilając jakoś Wam i sobie czas. Biorę sytuację na klatę i po prostu chcę żyć.

Kwiecień

Lockdown przedłuża się do czerwca. Tych dekretów było zresztą tyle, że już sama nie pamiętam co jest pięć. Pukam się po głowie, że wiele rzeczy nie ma logicznego sensu, ale ten rok i tak już przybił piątkę z niedorzecznością. Wychodzę raptem 3 razy z domu po zakupy do pobliskiego sklepu. Stoję w kolejcę jak za komuny żeby kupić kilka produktów. Trochę mnie to bawi, trochę nie ogarniam. Nie pamiętam nawet pinu do karty. Myślę, że będę miała co opowiadać wnukom na starość. W mieście rozkwita wiosna. Łapię drobne chwile i doceniam je jak nigdy w życiu. Cieszę się mieszkaniem, bo w końcu mam okazję spędzić w nim trochę czasu (przeprowadziłam się w październiku 2019). Wieczorami wskakuję w szpilki i trenuję z Alberto taniec na wesele. Mam jeszcze resztki nadziei, że coś z tego ślubu będzie. Ostatecznie łapię za telefon i maila, i wszystko odwołuję, przesuwając datę na 2021 rok. Life is brutal and full of zasadzkas

W mojej głowie zaczyna kiełkować idea eBooków. 

Maj

Kończę 30 lat. Zamknięta w domu myślę sobie, że są to pierwsze urodziny, które tak naprawdę odczuwam. Że wiecie – mam już 3 z przodu, że zmieniłam się wizualnie i ziewanie przed 23 jest uzasadnione. Z drugiej strony, jako że nie mogłam świętować tych urodzin tak, jakbym chciała, to chyba w sumie się nie liczą, prawda?

Czerwiec 

Biegam w parku i ćwiczę przed telewizorem żeby nie zwariować. Dużo gotuję. W sumie picie wina i balkonowe aperitivo przy zachodzie słońca też przestają mnie bawić. W ryzach trzyma mnie tworzenie eBooków. Obmyślam dla Was ciekawe trasy, które znajdziecie wewnątrz 4 tematycznie podzielonych plików PDF. Wypisuję dla Was wszystkie najlepsze kąski i perełki miasta. Szukam, wertuję, tonę pod ilością materiałów. Jaram się, że mam dla Was tyle ciekawych historii. Jestem pewna, że spojrzycie na Mediolan z innej perspektywy.  Pod koniec czerwca, w końcu mogę wyfrunąć z domu. Wychodzę na miasto i cieszę się na widok Mediolanu. Jadę na jeden dzień do wioski Crespi d’Adda w okolicach Bergamo (klik).

Lipiec

Ruszam do pracy na kilka dni. Wygłodniała wojaży robię objazd po jeziorze Como i piszę dla Was przewodnik po miasteczkach nad Como (klik) oraz spisuje listę knajp. Łapczywie chłonę wolność, robię ful zdjęć, aby uchwycić piękno każdej chwili i widoku. W głowie ostał mi się moment, gdy siedziałam na ławce w lokalizacji San Giovanni, przyglądając się łowiącym ryby rybakom. Pomyślałam wtedy, że to taka prosta sytuacja, a jak napawa mnie radością. Do szczęścia naprawdę niewiele mi potrzeba. Dodatkowo chodzę po mieście i cykam zdjęcia do eBooków, robię notatki. Pod koniec miesiąca jadę jeszcze na tydzień do Polski.

Sierpień


Był dla mnie miesiącem przełomowym pod względem rozwoju osobistego. Pracuję nad wykluczeniem starych przekonań i mechanizmów w moim życiu. Przyglądam się moim wartościom i akceptuję rzeczy, na które nie mam wpływu. Planuję podróż po Toskanii, w której spędziłam 10 dni. W Toskanii odpoczywam wśród natury, poznaję wspaniałych ludzi. Wieczorami nasłuchuję gromady dzików przemierzających las. Robię mój pierwszy w życiu makaron, a przepisem dzielę się z Wami w tym wpisie (klik). Jeżdżę konno. Piję dużo dobrego wina, jem i otaczam się ludźmi, którzy lubią karmić innych ludzi. Śpię w fajnych miejscach. Poznaję Davida i jego domek na wzgórzu, z którego rozciąga się genialny widok na Monte Argentario. Wypożyczam łódkę i szaleję po Morzu Tyrreńskim (klik). Wieczorami wypatruję spadających gwiazd. Wiem, że ten czas będę długo nosić w sercu.

Wrzesień

Wpadam do roboty po wielu miesiącach nieobecności. Odgruzowuję teren; opracowuję strategie działania w firmie i pracuję na najwyższych obrotach. Wpisy zalegają, pomysły się piętrzą. Nie wyrabiam na zakręcie, dlatego niektóre treści z Toskanii czekają na Was jeszcze w szufladzie. Odwiedzam fajne miejsca w Mediolanie, wpadam na koncerty na żywo do Spirit the Milan. Widzę na mieście, jak ludzi szukają kontaktu, zagadują chyba jeszcze częściej, na ich twarzach mimo wszystko widnieje uśmiech. To budujące. Ponadto, udzielam wywiadu dla Radia Kampus (klik).

Muszę gdzieś pojechać, bo nie wytrzymam. Pakujemy walizkę i lecimy nad jezioro Iseo. Spędzam błogi weekend w rejonie Franciacorta, piknikuję w winnicy i odwiedzam fajne agroturystyki. O całym tym winiarskim czasie opowiadam Wam w tym wpisie. Wyprawiamy wspólnie z Alberto nasze 30-stki.

Październik

Nie wiem co czeka nas w kolejnych tygodniach, dlatego łapię walizkę i uciekam z moimi dwiema włoskimi psiapsiółami nad jezioro Garda. Spędzamy czas na termach w Sirmione i dziś dziękujemy losowi, że idealnie wstrzeliłyśmy się w ostatni moment na wspólny weekend w 2020 roku (później, jak się domyślacie, znowu nas zamknęli).

Dostaję propozycję udziału w programie Polacy za granicą. Na początku miesiąca wbija do mnie ekipa z Polsatu. Świetnie się bawię i uznaję to doświadczenie jako jedną z fajniejszych przygód w moim życiu. Odcinek nota bene możecie obejrzeć tutaj (klik). Wciąż pracuję nad eBookami i oprócz tego otrzymuję propozycję napisania książki z pewnym wydawnictwem. Póki co, projekt jest jeszcze w fazie omówienia, ale kto wie, może na przyszły rok będę miała dla Was moją książkę do kupienia w księgarni!

Końcówka października wysysa ze mnie energię przez to, co działo się w Polsce. Boli mnie serce, a myśli krążą tylko wokół Strajku Kobiet. Czuję po raz kolejny ogromną tęsknotę za Ojczyzną i uczucie rozdarcia. To jest tak dziwne, że myślę, że zrozumie to tylko emigrant.

Listopad

Na początku listopada jadę na jeden dzień do Clusone, o którym piszę dla Was tutaj. Zwalniam tempo. Zajmuje się sobą. Uświadamiam sobie szczególnie w tym miesiącu, jak bywam od siebie daleka. Uświadamiam sobie, że dbam bardziej o otaczającą mnie rzeczywistość zamiast o siebie samą. Nie chcę tak, bo to moje życie i chodzi w nim o to żebym to najpierw ja żyła w zgodzie ze sobą. 

Wciąż poprawiam eBooki i w sumie czuję ekscytację, że za chwilę Święta.

Grudzień

Pracuję do nieprzytomności na zamknięcie roku. Zaliczam kilka wizyt u kręgarza, który odmienia komfort mojego życia. Polecam! Publikuję dla Was jeszcze kilka świątecznych wpisów. Nastrajam się pozytywnie, robię tyle, ile jestem w stanie zrobić. I to jest okej, bo nie jestem robotem. Decydujemy się na Święta we dwoje. I były to też pierwsze Święta takie całkowicie po naszemu, bez obowiązków tradycji; idealnie wysprzątanego domu, umytych okien, perfekcyjnie nakrytego stołu (wciąż dorabiam się zastawy), bez dziwnych rozmów i wysłuchiwania, że już czas na dziecko. Były to Święta z miksem polsko-włoskich tradycji i potraw, które lubimy najbardziej. Ej, był po prostu luz. I ja w takim luzie zamierzam spędzić kolejny rok.

I tak docieram aż tutaj, do ostatniego dnia 2020 roku. Z nieco innym spojrzeniem na świat, bo odpuściłam w tym roku wiele. Cieszę się tym, co mam i dokąd zdążyłam dojechać przez te kilka lat, dlatego moja koncentracja nie podąża już tylko w kierunku tego, co chciałabym mieć. Wszystko przyjdzie w swoim czasie. Życie to nie wyścig po złoto sukcesów; lepszych zarobków, bardziej prestiżowej pracy, większego domu, ładniejszych dzieci, fajniejszego partnera; większej ilości podróży; ciągłego dążenia do wypełniania jakiejś dziury. 

Tak naprawdę ten wyścig nigdy się nie kończy, bo dziura wciąż jest, a czasem i zaczyna się powiększać. Zresztą czym jest sukces? Kiedy będzie już wystarczająco dobrze żebyśmy w końcu mogli się zatrzymać? Nie chcę żyć według jakiś przekonań, schematów narzucanych przez społeczeństwo. Ja się z tego zupełnie wypisuje (zresztą po części wypisałam już jakiś czas temu). I to jest dobre, bo jest to życie w zgodzie ze mną. I to wystarczy.

Przygotowując się na szalonego Sylwestra 2020/2021, zastanawiam się który kolor dresu przyodziać. Dwie butelki bąbelków chłodzą się w lodówce od kilku dni, ale i tak zamierzamy tańczyć. Jeśli 1 stycznia 2021 będę nieprzytomna, to znaczy, że naprawdę jestem już starą pryczycą. Oby nie.

Ponadto ściągnęłam statystyki bloga za ten rok i powiem Wam, że rozbiliście bank. W 2020 roku bloga odwiedziło ponad 215 tysięcy osób, co miesięcznie daje średnią około 18 tysięcy odsłon

Mogę powiedzieć tylko: Dziękuję!

Ściskam Was i dużo dobra dla nas wszystkich,

Dominika

A teraz czas na Ciebie!

Uważasz, że to fajny wpis? Będzie mi miło, jeśli go udostępnisz!

Inne ciekawe wpisy

Brak komentarzy

    Leave a Reply