0
OSOBIŚCIE WŚRÓD WŁOCHÓW ŻYCIE WE WŁOSZECH

Poszłam do dietetyka we Włoszech, czyli jak wreszcie rozwiązałam mój problem z jedzeniem

Spokojnie to nie będzie wpis z cyklu: co możesz jeść, a czego nie żeby wyglądać jak milion dolców. Ja nie wierzę w diety cud i nie uznaję nawet takiego słowa, jak dieta. Czy tylko dla mnie ma ono jakiś negatywny wydźwięk? Wolę określenie sposób odżywiania – nie wywołuje u mnie presji, tylko bardziej zachęca do wprowadzania lepszych nawyków. Ba! Aż chce mi się gotować, gdy wiem co w moim przypadku warto gotować!


Wielokrotnie zadano mi takie pytanie, że jak ja to robię, otaczając się gorgonzolą i pizzą, że trzymam formę? Może to geny, może to ten mediolański splendor? Nie wiem. Nigdy się nie ważę, a moja waga służy jedynie do ważenia walizek przed podróżą. Włoskie jedzenie co prawda sprawiło, że trochę schudłam, ale no nie oszukujmy się – codzienne jedzenie makaronu z podwójnym serem prędzej czy później skutkuje transformacją w ludzką pizzę. To, że mam na wyciągnięcie ręki te wszystkie ciastka, które ciągną w górę (tiramisù – żarcik słowny), to nie oznacza, że stanowią nieodłączną część mojego sposobu odżywiania. I niektórzy tego nie rozumieją – wierzcie mi, kiedyś też się nudzi, a ekscytacja trochę opada.

Moim problemem tak naprawdę zawsze było trawienie i to w sumie powodowało, że z jedzeniem miałam różne relacje. Na początku tego roku stwierdziłam, że jeśli nie mam za bardzo perspektyw, to dlaczego wreszcie nie zgłosić się do jakiegoś specjalisty? Wcześniej przeszłam pierdyliard różnych testów na nietolerancje pokarmowe, pozbywałam się Helicobacter Pyroli i zrobiłam te wszystkie różne wstydliwe badania, na które raczej decydują się ludzie bliscy emerytury.

Trafiłam na Rosy, bardzo fajną Sycylijkę, która specjalizuje się właśnie w zaburzeniach odżywiania, czy innych chorobach na poziomie układu pokarmowego. Serio nie przypuszczałam, że wprowadzenie kilku modyfikacji w sposobie odżywiania może tak nakręcić organizm. I uwaga – makaron jem aż 4 razy w tygodniu!

A oto cały sekret mojego przypadku bazującego na włoskich produktach spożywczych:

Ważenie produktów

Zbilansowane, zważone posiłki to jest moje odkrycie. Żadne tam obliczanie kalorii i mentalne onanizacje, rozkminy dotyczące, czy kostka czekolady zrobi mi krzywdę. Dobrze jest wiedzieć czego potrzebuje nasz organizm – jaka ilości białka, ile węglowodanów, jakie ilość owoców i warzyw. Każdy ma inaczej.

Początkowo do samej wagi spożywczej podchodziłam, jak do jeża, bo przygotowanie jednego posiłku wiązało się z wykorzystaniem połowy mojej zastawy kuchennej. Łyżeczki do oleju, miseczki do owoców, szklanki do mleka. Jeśli jednak mam czas i jem mniej w knajpach, to dlaczego nie miałabym spróbować? Takie odmierzanie wchodzi człowiekowi w krew i prędzej czy później automatyczna miarka zaczyna stanowić element budowy oka.

Efekt lepszego samopoczucia był u mnie natychmiastowy – lepiej wypoczywam w nocy, budzę się z większą energią, a w zasadzie nie zrobiłam nic wielkiego. Zjadam o 20 gram makaronu mniej i dorzuciłam więcej ryby do posiłku. Mówię Wam – czary!

Surowe warzywa najpierw

To jest patent, który sprzedała mi Rosy podczas wizyty u niej w gabinecie. Dowiedziałam się, że jedzenie surowych warzyw w pierwszej kolejności hamuje wchłanianie węglowodanów w taki sposób, że po posiłku nie czuję się spuchnięta jak balon. W knajpach sami możecie zobaczyć jakie proporcje ryżu, czy makaronu serwują nam w posiłkach, a ile faktycznie jest w nich świeżych warzyw, czy białka. Dlatego po słynnych POKE, które opanowały świat człowiek czuje się jak dmuchana bańka. Spróbujcie zamówić kiedyś pół na pół ryż i sałatę – efekt odpompowania gwarantowany. 

Warzywa, ale zależy jakie

O tym np. też nie wiedziałam, że istnieją warzywa, które warto spożywać wyłącznie do 200 gram dziennie. Są to np.: pomidor, dynia, bakłażan, papryka. Pozostałe, wszystkie zielone jak ogórek czy sałata można jeść do oporu. Kiedyś robiłam totalnie na odwrót i żywiłam się praktycznie tylko pomidorami.

Ryby

W mojej diecie mam dokładnie rozpisaną częstotliwość spożywania mięsa i ryb. I tak, jak mięso ograniczam do maksymalnie dwóch posiłków w tygodniu (według diety), tak ryby, ośmiorniczki i inne morskie stwory mogę jeść codziennie. Jedynym wyjątkiem jest łosoś i tuńczyk, który u mnie redukuje też do dwóch razy w tygodniu. W sensie raz łosoś, raz tuńczyk.

Nic dziwnego, że Włosi trzymają formę, jeśli głównym budulcem kuchni śródziemnomorskiej są właśnie ryby. Jedźcie na Sycylię, zatrzymajcie się w Salento, w jakimś nadmorskim baraku, zamówcie rybę złowioną jeszcze tego samego dnia i cieszcie się obiadem z widokiem na morze. Bożyczku morski, mnie też kręci się łza!

Makaron i pieczywo, och tak!

Chyba każdy przechodził przez fazę gotowania całej paczki makaronu…na jeden obiad…dla dwuosobowej rodziny. Ale wiecie, ja to już taka Włoszka się zrobiłam w tych moich Włoszech, że pojęłam wszystkie sekrety tego produktu spożywczego, wypowiadając się o nim niczym Sophia Loren w swoich ekskluzywnych wywiadach o tematyce Jedz pastę i chudnij! Hehe. 

A tak serio to makaron jest dozwolony, tylko wystarczy dozować go sobie z głową – patrz pkt. 1. No i ja oczywiście piszę o tym wszystkim w kontekście polepszenia trawienia, bo to właśnie zbyt duża dysproporcja pomiędzy węglowodanami i białkiem powodowała u mnie straszne wzdęcia i bóle brzucha. To dotyczy także pieczywa i innych produktów mącznych. 

Wiadomo, że najlepsze jest pełne ziarno, ale bez przesady, jak sobie pocisnę z takim kawałkiem pszennej, chrupiącej bułeczki, to przecież świat się nie zawali. Warto dbać o swoje zdrowie, ale też nie odmawiać sobie czegoś, co i tak prędzej, czy później wpadnie w moje ręce. Jesteśmy tylko ludźmi.

Nabiał

Nie mam nietolerancji laktozy, a jednak nabiał mi nie służy. Odstawiłam wszystkie sery pleśniowe, które kocham miłością głęboką i zastąpiłam je ricottą na śniadanie albo po prostu jogurtami, czy kulką mozzarelli. I żeby nie było – deseczki formaggio do wina do dziś uwielbiam sobie serwować, ale teraz już wiem, że na dłuższą metę robią mi krzywdę i długo po takim biesiadowaniu dochodzę do siebie. Redukcja nabiału zdecydowanie mi pomogła.

Częstotliwość

W pierwszej kolejności podczas wizyty zostałam zapytana, czy między posiłkami jadam przekąski? Fakt faktem potrafiłam jechać na 3 posiłkach w ciągu dnia i wciąż czuć się ciężko. Dwie dodatkowe przekąski w ciągu dnia oprócz 3 posiłków głównych sprawiły, że nie mam wilczych napadów głodu. W tej chwili jestem już tak zaprogramowana, że organizm daje mi wyraźne sygnały kiedy zbliża się pora jedzenia. Przyjmuje dawkę i do następnego posiłku czuję się nasycona. 

Nie dążę do żadnej określonej sylwetki, ciało się zmienia i skóra na dupie z wiekiem też. Akceptuję to i chcę po prostu czuć się ze sobą dobrze. Myślę, że jest to jedna z lepszych rzeczy jakie dla siebie zrobiłam – ogarnięcie tego, co mi szkodzi, a co nie. 

Tracenie na wadze to tylko efekt uboczny prawidłowego odżywiania, a i tak uwielbiam zjeść kawałek czekolady do kawy po obiedzie, zamówić w weekend nieważone jedzenie z knajpy, czy zjeść pizzę z podwójnym serem. To, że wiem jak się żywić nie oznacza, że już teraz tylko ricotta na śniadanie i zero aperola. Zdrowy rozsądek przede wszystkim.

Niżej daję Wam przykład mojego jednodniowego jadłospisu i pamiętajcie, że jakby co to ja nie jestem lekarzem, więc jest to tylko luźny przykład.

Dbajcie o siebie zawsze,

Dominika

Fajny wpis? Przyda się? Udostępnij!

Inne ciekawe wpisy

Brak komentarzy

    Leave a Reply