0
OPINIE WŁOSI WŚRÓD WŁOCHÓW

Polacy w pracy – czego mogliby nauczyć się od Włochów, aby uniknąć depresji?

Polacy w pracy. Trudny temat. Polacy i zarobki. Chyba jeszcze trudniejszy temat. Noszę się z zamiarem napisania tego tekstu już od jakiegoś czasu. Nie żebym musiała zbierać do niego jakiś wyjątkowy materiał fotograficzny, ale już własne obserwacje i wielokrotną wymianę spostrzeżeń tak. Ten tekst bowiem pisze życie i to, co na co dzień obserwuję i słyszę we włoskiej rzeczywistości i rozmowach z Włochami. Pogadajmy dziś o pracy i podejściu do tej pracy w kontekście…mentalnym [o tak!]. Powiem wam moi Rodacy, że Włosi w tej materii mogliby nas inspirować do zmian….na lepsze.

I nie chodzi o picie aperola po robocie w promieniach słońca.

Nie lubię przyklejać ludziom metek i wrzucać ich do oznakowanego worka. Generalnie jakoś tak podziały społeczno-kulturowe mi nie leżą, bo koniec końców czy to Polak, czy Włoch jesteśmy tylko ludźmi. A ja człowieka jako istnienie ludzkie zwyczajnie szanuję bez względu na pochodzenie, płeć, wiek, orientację, filozofię i wybory życiowe. Choć wiadomo z tymi ostatnimi to wszystko w granicach zdrowego rozsądku, dopóki nie przekracza się czyiś granic etycznych i moralnych. Żyjąc na emigracji mimo to chłonę, czerpię wiedzę z włoskiego podejścia, sprawdzam i analizuję to, co najlepiej wpisuje się w moją dywizję życiową. 

I tak gdybym przez przypadek zamieszkała w Norwegii, to pewnie nauczyłabym się dziergać  wełniane swetry, ale że mieszkam w Italii to przyszło mi prawidłowo odmierzać makaron (haha). Wiecie, chodzi mi bardziej o to, że to fajnie poznawać i czerpać z wartości, które serwują nam ludzie z innej części globu. Nie ma się tu co porównywać; kto ma lepiej, a kto ma gorzej. Warto się uczyć i reflektować.

No ale Włosi i praca, Polacy i praca. Wiecie, zdążyłam zanotować kilka różnic w podejściu i  generalnie jakiejś takiej filozofii w tejże materii. I choć Włosi czasem przez swój brak dyscypliny nieco odpalają mi żyłkę na czolę (o tym jak wygląda praca z Włochami pisałam tutaj klik), to jednak cenię sobie ich sposób myślenia, który naprawdę w dużej mierze przyczynia się do jakości życia na inne. Chyba lepsze i zdecydowanie bardziej powolne. 

W trakcie mojego ostatniego pobytu w Polsce wylądowałam na imprezie urodzinowej u mojej przyjaciółki Magdy. Pełno starych znajomych, ludzi, których nie wiedziałam kupę czasu. Wódeczka się lała, a wiecie, że wtedy Polakom najłatwiej odkryć cebulowe warstwy, które obrane umożliwiają zajrzenie trochę bardziej do wnętrza ich wrażliwości. I tak jeden, i drugi i potem ktoś trzeci opowiada mi podobną historię, podobne problemy. Każdy gdzieś zabiegany, każdy jakoś tak nienasycony. No jest praca, jest dom, życie się kula, lecz jednak wciąż za mało. Mogłoby być lepiej. Praca mogłaby być inna, lepsza. Mogłoby być jakoś inaczej, bo tak jak jest nie jest wystarczająco. Wystarczająco to znaczy jak?

 

Wychowałam się w takim domu, w którym metka miała znaczenie. Gdzie w sumie jakiejkolwiek roboty bym się nie podjęła, to wciąż było za mało. Zarobki nie takie, firma nie taka, rola w pracy nie taka. Na studiach słyszałam, że Kosmetologia to nie kierunek, tym bardziej na prywatnej uczelni. Tam tylko głąby się dostają, a prestiż jest na państwówce. Zresztą co ty chcesz po tym robić? Malować paznokcie? Wiecie, PRESTIŻ.

SRESTIŻ.

Takich historii i anegdot jest cała masa i dotyczą one całego społeczeństwa. Nie twierdzę, że Włochów zupełnie to nie dotyka, ale oni pod kopułą poukładali sobie trochę inaczej. Nota bene informacja z mojego podwórka jest taka, że mamy naprawdę zajebiście wykwalifikowanych kosmetologów i ktoś, kto ocenia ten zawód tylko przez pryzmat stereotypów nieudolnego malowania paznokci sąsiadce z osiedla, to naprawdę może zamilknąć.

Zawód kelner. Mówi wam to coś? Wydaje mi się, że w jakimś spisie polskich Związków Zawodowych podobna profesja nie istnieje, w sensie, że nie jest to traktowane jako zawód. Bo w Polsce kelnerują głównie studenci, którzy na czole najczęściej mają wypisane za karę. Kelner ma służyć, obsługiwać. Wiecie, z założenia jest już kimś gorszym. W myśleniu polskim rzecz jasna. 

Włosi na kelnerowaniu niekiedy opierają cały budżet domowy, a za pensje z kelnerowania wyprawiają dzieci do szkoły i dają im jeść. Szok, co? I robią tą robotę przez lata z wymalowanym wielkim uśmiechem na ustach. Spektakl wirtuozerii kelnerskiej polecam wam gorąco u Leopolda Arlati, serwującego oryginalną mediolańską kuchnię (klik), zresztą nie tylko u Arlatich takie klimaty. Popatrzcie sobie jak kelnerują Włosi w knajpach – czerpią z tego przyjemność i dobrze się bawią. Wręcz robią wam wieczór.

Albo weźmy na tapetę baristów, pracowników piekarni, kobitki pracujące w butikach z ciuchami. Pamiętam, jak kiedyś jedna Włoszka doradziła mi lniany kombinezon, który w pierwszej chwili wyglądał jak worek na pyry. Ale ona miała oko, bo była to sztuka skrojona perfekcyjnie na mnie. Do tego dobrała mi dodatki i powiedziała z czym najlepiej nosić to wdzianko. Wyszłam zachwycona i obkupiona. Wprost uwielbiam takich sprzedawców.

Widzicie, usiłuję wam przekazać, że w Polsce zawody, które nie są ostemplowane dyplomami i nie brzmią jakoś filozoficznie lub na sprzęcie nie widnieje nadgryzione jabłko są uważane za podkategorie. W odczuciu ludzi nie są ambitne, nie gwarantują statusu. Są gorsze. 

A Włosi wręcz przeciwnie. Nikt nie robi tu podziałki na gorsze i lepsze – są wiadomo wyjątki. Żeby zaraz mi ktoś nie napisał, że generalizuję. Ale właśnie ta atmosfera, którą czujecie, gdy przyjeżdżacie do Italii to to jest właśnie to. Dlaczego ludzie są bardziej uśmiechnięci? Owszem mają tu przez 80% roku słońce, ale dokładnie – nikt nie zastanawia się nad tym, czy praca którą wykonuje jest wystarczająca albo dość dobra. W daną czynność po prostu wkłada się zaangażowanie. I tak, można być wirtuozem w każdym fachu, nieważne czy chodzicie pod krawatem, czy zakładacie robocze wdzianko. Jesteśmy na tym samym poziomie społecznym zwyczajnie jako ludzie i nikt tu nikogo nie prześwietla ile ma za sobą fakultetów albo czy firma jest jego, czy pracuje u kogoś. Można po prostu robić to co się lubi choćby było to robienie pizzy. I to też jest okej.

Włosi i podejście do zarobków to także inna bajka. Wiecie ja to rozumiem, że komuś mogą nie odpowiadać warunki albo, że na koniec miesiąca przy wypłacie macie to poczucie jakbyście dostali w mordę. Sama w pierwszej włoskiej pracy przez to przechodziłam i wcale nie błyszczałam entuzjazmem w stosunku do otaczającej mnie rzeczywistości. Byłam raczej sfrustrowana. Aspekty techniczne zawsze można poprawić, szukając gdzie indziej, ale już to jak o sobie myślicie w kategorii wykonywanej pracy to jest po prostu społeczna schiza. U Włochów obserwuję takie zachowanie, że na piedestale wspinania się po szczeblach kariery raczej nie stawia się wyższych zarobków (choć każdy lubi zarabiać, ja też lubię zarabiać serio!) bardziej liczy się ilość wolnego czasu, które dany stołek im zapewnia. I oni właśnie ten wolny czas sobie mocno cenią. I wcale się z tym nie kryją.

Jak mawiały moje koleżanki z firmy: po co pracować więcej, jeśli nawet nie masz czasu wydać tego co zarobisz?

Seghe mentali…tak zwane mentalne schizy. Pressing. Warto ograniczać, bo wierzcie, że o waszej wartości nie świadczy stanowisko jakie zajmujecie w życiu służbowym. Nie traktuje Polaków jak zombie, ale w naszym kraju na metkę i wieczną pogoń za zarobkami jest bardzo duży focus i jakoś mnie to nie dziwi, że przodujemy na liście państw zmagających się z problemem depresji. Serio, życie jest na to za krótkie, dlatego sami zastanówcie się czym naprawdę jest wasze dolcevita.

Dbajcie o siebie,

Dominika

A teraz czas na Ciebie!

Uważasz, że to fajny wartościowy wpis? Będzie mi miło, jeśli podasz go dalej! Dzięki!

Inne ciekawe wpisy

Brak komentarzy

    Leave a Reply