INFORMACJE PRAKTYCZNE I ŻYCIE WŁOSI WŚRÓD WŁOCHÓW

Jacy są Włosi w pracy? Praca z mieszkańcami Italii bez tajemnic

Często mnie pytacie o to, jak pracuje się z Włochami albo, czy włoskie korporacje różnią się dużo od tych polskich? Obserwuję tak sobie od 5 lat różne zachowania i sytuacje we włoskich przestrzeniach zawodowych i stwierdzam, że praca jak praca. Robi się przerwy na fajki, rzuca zwolnienia lekarskie lub jeździ na wyjazdy służbowe. Pracuje się. Giuseppe tak, jak Wy czy ja do tej roboty musi chodzić, żeby na koncie hajs się zgadzał. No. Może z kilkoma małymi wyjątkami. Giuseppe ma też trochę swoich przywar, ale też i zalet do których musiałam przywyknąć, a niektórymi całkiem się inspiruję.

 

 

 

Nie mam zamiaru Wam tu słodko pierdzieć w stołek, że Włosi och i ach. Piszę, jak to wygląda z mojej perspektywy i co obserwuję we włoskiej zawodowej codzienności. Wszystko w ramach zdrowego rozsądku i bez generalizowania, bo to tylko moja subiektywna ocena. Rola w pracy, charakter firmy i podejście pracodawcy do pracownika też ma ogromne znaczenie. O niektórych warunkach stawianych przez włoskie firmy mogłabym napisać epopeję, ale to temat na zupełnie oddzielny rozdział. Włosi to jednak wciąż Włosi i styl pracy z nimi nieco różni się od tego, którego doświadczyłam w Polsce.

 

 

Spotkanie na 9:00

Ile to ja razy dałam się nabrać. Och, jak okrutnie. Za każdym razem biegłam z nadzieją, że teraz to już na pewno musimy zacząć spotkanie punktualnie o 9:00, bo w końcu jest tyle do omówienia i to przecież ważne. Ale nie. Kurwa. Zawsze minimum te 30 minut spóźnienia. Minimum. Zawsze. Mój rekord to jakieś 1,5 godziny stania i czekania aż łaskawie zaczniemy. Ale dobra stara, bądź wyrozumiała. Tamci z Rzymu mieli spóźniony pociąg o jakieś 3 godziny, więc trzeba cierpliwie poczekać. Gorzej jest, gdy biegnę i pocę się jak prosię z wetkniętym do gęby, na wpół nadżartym brioschem. Bez kawuni. Albo z kawunią wypitą na jeden błyskawiczny, wrzodowy łyk (jak wtedy wychwalam fakt, że te włoskie kawunie takie małe są). Podwijam w pędzie kiecę i sprawdzam, czy przypadkiem wyrabiam na wszystkich zakrętach, gorączkowo spoglądając na zegarek. Słodki jeżu jestem minutę po. Domi, biegłaś? Spoko, ponoć w mailu była podana zła godzina. ZAWSZE TO S.A.M.O.

 

 

Kawunia

Wiadomo. Dzień bez kawuni dniem straconym, a zwłaszcza po pausa pranzo. Po obiadku kofeina jest bowiem najważniejsza. I już, już powinniśmy dawno wchodzić, ale tu przecież jeszcze kawunia jest do wypicia. Ze spokojem. Mi scusi signorina, musimy zamówić kawę. A wiadomo jak Włosi zamawiają kawę. Spróbuj tylko lekko zasugerować, że już chyba czas po prostu się ruszyć i wziąć się za robotę, a usłyszysz w odpowiedzi: Ma….un caffèèè?!?!?!?!? (w tł. A…kawa?!?).

 

 

Wszystko najpierw trzeba obgadać

Pracuję dla gigantycznej amerykańskiej korporacji rynku beauty (bez reklam) i tam też środowisko ma swoją specyfikę. Jest wyścig szczurów, rączka lubi inną rączkę myć, a zadania mają być wykonane na wczoraj, po prostu- korpo to korpo. Jestem takim człowiekiem, który ma zawsze zrobioną robotę bez zbędnych zaległości. Walczę wciąż jeszcze z moim perfekcjonizmem, ale lubię mieć skończone sprawy w pracy, bo najgorzej, gdy coś ciągnie się jak babol i lawiruje w powietrzu z karteczką ,,do dokończenia”. Włosi niespecjalnie się tym przejmują. Naprawdę rzadko spotykam sytuację, w której  ktoś dostarczyłby mi materiał na czas, odpisał w tempie ekspresowym albo po prostu zrobił coś w terminie. A jeśli już ta rzadkość się zdarzy to jest to powód do nazwania dnia Dniem Sukcesu. Bo filozofia jest taka: po co Ty się dziewczyno spinasz? Robota może poczekać, lepiej zrobisz jeśli zamiast faktycznego działania, po prostu sobie o tym pogadasz. Przeanalizujesz, rozkminisz na dziesięć tysięcy sposobów, jak można to zrobić lepiej. Do tego dorzucisz garść opowieści i zachwycisz się dzisiejszym obiadem na przerwie. Typowa kobieta ze Wschodu tylko by pracowała. Moja typowość ,,ze Wschodu” – a ja myślałam, że Polska jest na północy – jest po prostu pracowita i gdyby nie ona, pewnie nie dotarłabym tu, gdzie jestem teraz.

 

 

Z szefem na ziomku

Zakładam, że w dobie Whatsapp’a także i w Polsce korzystacie z grupowych czatów, z ludźmi z pracy. Jeśli nie, to przynajmniej tutaj to funkcjonuje bardzo sprawnie, pomimo tego, że przy 5-tej grupie tematycznej mówię dość i wychodzę. W każdej włoskiej pracy miałam bardzo luźne i bezpośrednie stosunki z szefem, do tego stopnia, że zapraszaliśmy się nawzajem na grilla albo chodziliśmy na aperitivo całym zespołem lub częściowo. Nie mówię, że w Polsce było gorzej, ale kontakt ten był nieco chłodniejszy. Czasem mnie to bawi, że napiszę do mojej szefowej szybkiego łocka, wyślę zdjęcie z jakiegoś eventu, a ona sama wychodzi z inicjatywą żebyśmy przyszli do niej na kolację całą ekipą. No i wszyscy jesteśmy na Ty bez wyjątku.

 

 

Opowieści mają znaczenie

To jest zabawna kwestia, którą obserwuję z namaszczeniem i podziwem. Włosi są dobrzy w opowiadaniu historii. W handlu jest to cenna umiejętność i nie mówię tego z przekąsem czy negatywnie. Bo umówmy się, że handlowiec może być prawdziwym artystą albo totalnym popaprańcem. To jest taktyka, która funkcjonuje nie tylko w dużych firmach, bo widziałam ją również w mniejszych, w których pracowałam na początku. Włosi uwielbiają opowiadać z namaszczeniem (głównie przed szefem), że mieli taki pracowity dzień. Że tyle zrobili, a ile ich to kosztowało poświęcenia, a w końcu przyszli do pracy z gorączką. Pokaż się, pokaż się. Zdejmij gacie i niech wszyscy patrzą. Poniekąd jest to technika na cwaniaka, strategiczna zagryweczka przerostu treści nad formą, ale z drugiej strony- w pracy, gdy naprawdę pracujesz trzeba się pokazać i docenić własny trud. W Polsce taka forma prawdopodobnie uchodziłaby za chwalipięstwo, tutaj wręcz przeciwnie – jest normą.

 

 

Im mniej, tym lepiej

To jest w pewnym sensie mądrość, której poniekąd nauczyłam się właśnie od Włochów. Podejście wręcz odwrotnie proporcjonalne do słowiańskiego myślenia – Włosi nie gonią za pieniędzmi dla nich w pracy liczy się wygoda i przede wszystkim czas wolny. Ostatnio czytałam bardzo fajny artykuł z Magdą Gessler w czasopiśmie Pani, w którym Magda podkreśla, że my Polacy jesteśmy biedni, bo pędzimy jak szaleni do tego, aby jak najszybciej się dorobić. I to jest prawda. Nie będę się nad tym rozwlekać, ale sama miałam podobną sytuację, gdy zaproponowano mi dodatkowe zadania w pracy, oczywiście pochłaniające zdecydowaną większość mojego czasu wolnego. Wiadomo – po słowiańsku najpierw to sobie przekalkulowałam, ale podejrzewam, że kilka lat temu pewnie ambitnie i bez zastanownia podjęłabym się wyzwania i tak, ciągnęłabym 10 srok za ogon, bloga, robotę i tysiąc nadgodzin przerobionych poza domem. Tym razem jest inaczej. Nie chcę być frustratem, który po nocach siedzi nad artykułami, a za dnia zapierdziela w korpo. Włosi im więcej mają czasu wolnego, tym są bardziej szczęśliwi. Pieniądze są drugą oddzielną sprawą i oni się wcale tego nie wstydzą – mówią o tym głośno.

 

 

A jeśli zostawią Cię w domu?

Ma se ti lasciano a casa? – to zdanie podchodzi pod mityczny frazes, który na początku mnie stresował, dzisiaj mnie bawi i przymykam na niego zawsze oko. Może i wywołam tym akapitem gównoburzę może nie, ale wkurza mnie, gdy w Mediolanie ktoś mówi, że jest kryzys na rynku pracy. Że ludzie są zwalniani z byle powodu i że pracy po prostu nie ma. Nie kwestionuję pozostałej części Włoch, ale w takiej mekce biznesu, jaką jest Mediolan nie ma mowy o tym, żeby tej pracy nie było, a ludzie idą na odstrzał za samo ziewanie. Wyjątki też się zdarzają, ale otwieranie wielkich Starbucksów, Applów i innych tego typu miejsc umożliwia zatrudnienie wielu osobom. Jakieś kilkaset stanowisk to chyba dobry wynik, no nie? Potem wiadomo – każdy ma inną wizję swojej kariery zawodowej, ale zawsze trzeba od czegoś zacząć, zamiast tupać nóżką, że bleee godziny, że bleee wypłata, że generalnie jest tak strasznie chujowo, że najlepiej to walnąć się na bezrobocie i pobierać socjal. Włosi mają taką przywarę, że w imię idei zdania o zostawianiu w domu bardzo kurczowo trzymają się swoich umów na czas nieokreślony w obawie, że zawsze mogą trafić gorzej, więc lepiej nie zmieniać, bo to za duże ryzyko. No i można też zostać bez pracy. Powiem Wam tyle, pracowałam przez te 5 lat jak mróweczka. Pokonując gówniane przeciwności losu, początkowy brak znajomości języka i wykorzystujących ten fakt ludzi z pracy i mobbingujących managerów, chore godziny i wypłaty jakby ktoś dał mi w mordę. Mimo to zawsze proponowano mi umowę na czas nieokreślony, bo pracowałam i nie ściemniałam. Miałam ciągłość przez całe 5 lat. Nie zawahałam się ani razu żeby zmienić pracę i iść dalej, gdy tylko widziałam światło w tunelu, że teraz może być już tylko lepiej. Nawet, że znów zaczynałam od zera i musiałam w nowej pracy wyrobić sobie autorytet, szacunek i w nagrodę otrzymać porządną umowę. Lasciare a casa zostawcie w zakładce z bajkami dla niegrzecznych dzieci.

 

 

Karteczki, karteczki, boszewicka koleżanko

Jestem jedną z dwóch cudzoziemek w mojej firmie. Czytaj: pracuję z samymi Włochami i czasem niektórzy lubią mi przypomnieć, że nieco się różnimy. Niekoniecznie wspominanie mojego pochodzenia musi mieć złośliwe i negatywne podłoże, ale Włosi lubią zaznaczyć swoją małą, śmierdzącą karteczką, że tak kotku jesteś nie stąd. Wystarczy uwypuklić w jakiejś sytuacji, że jestem zimną Polką, albo, że Domi Polacca nie dopuszcza do siebie za pierwszym razem albo, że Polacca co Ty tam wiesz. Domi bolszewika uparta jest (cytuję ,,bolszewika”, bo wielu mało rozgarnia, gdzie leży Polska, a gdzie Rosja). Na początku śmiałam się z tego, potem za tysięcznym razem zaczęło mnie to blade poczucie humoru wkurwiać, a dzisiaj mam to gdzieś. Znudziłam się. Nie mam wpływu na przykład na to, że w niektórych sytuacjach nie mogę włączyć się do rozmowy, bo akurat rozmawia się o czymś związanym z daleką włoską przeszłością kulturalną i co ja tam Polacca o tym wiem. To jest dokładnie tak, jakbym oczekiwała, że jakiś Włoch zaśpiewa mi piosenkę Majki Jeżowskiej.

 

 

Jak mawia jedno ludowe powiedzenie: Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one. Czy z Włochami się sprawdza? W niektórych sytuacjach to się opłaca, ale najważniejsze to po prostu być sobą bez względu na to, czego oczekują od Was inni.

 

Ściskam,

Dominika

 

 

A teraz czas na Ciebie!

To wszystko, co czytasz jest dla Ciebie i z myślą o Tobie!  Spodobało się? Zostaw po sobie ślad:

– w komentarzu, tu na blogu,

– udostępniając i komentując na Facebook’u
Ponadto, spotkasz mnie także na Instagramie, a do bezpośredniego kontaktu zapraszam Cię przez mail: ochmilano@gmail.com

You Might Also Like

No Comments

    Leave a Reply