EMILIA ROMAGNA PODRÓŻE MAŁE I DUŻE WŁOCHY

Gdzie Leonardo da Vinci malował Mona Lisę? Valmarecchia – ukryte perły włoskiego regionu Emilia-Romania

Wiedziałam, że nie wytrzymam całego tygodnia pod parasolem na plaży w Riccione, dlatego musiałam ogarnąć jakiś plan B. Strasznie nęciły mnie rejony Valmarecchi, nasłuchałam się o nich od jednego włoskiego znajomego: Słuchaj Domi, jak tobie tam w Rimini będzie padać, to jedź koniecznie do wnętrza ziemi. Pisałem o tych okolicach magisterkę. Wierzcie mi – oddaję honor regionowi Emilia-Romania za skrupulatnie skrywane skarby. Zabrzmię tak sloganowo i napiszę, że jeżeli potrzebujecie włoskich wyjazdów w stylu slow, to trafiliście w dziesiąteczkę.

 

 

W zasadzie to myślnik pomiędzy Emilią a Romanią nie jest postawiony przypadkiem, bo właśnie tam, gdzie kończy się Bolonia i jej prowincje kończy się również Emilia. W miejscu gdzie zaczyna się Rimini, tam region przechodzi w Romanię. Wśród Włochów jest dużo spekulacji na ten temat i do dziś nie do końca ustalono, do którego punktu nazywać społeczeństwo Emilianami, a gdzie kultura uchodzi za romaniolską. Niektórzy wyznaczają tę granicę na podstawie przepływającej rzeki Reno, zatoki Sillario i grzbietu Apenin. Inni na podstawie gościnności mieszkańców, bo to właśnie Romanioli uchodzą za najbardzej otwartych w tym regionie. Valmarecchia natomiast jest doliną u podnóży miasta Rimini, którą wyznacza rzeka o tej samej nazwie. Pomimo, że pochodzi z gminy Badia Tedalda w Toskanii, Valmarecchia należy do większości terytoriów Emilii-Romani oraz dotyka skrajnej północy regionu Marche.

 

Ktoś, kto decyduje się na wakacje na Riwierze Romaniolskiej jest raczej nastawiony na plażowanie. Wszak pogoda jest zwykle gwarantowana, piasek czysty, a woda w morzu swoją temperaturą przypomina domową wannę. Na brak dobrego gastro też nie ma co narzekać, ale mówię wam – zróbcie to. Wsiądźcie do auta i ruszcie na przygodną wycieczkę po romaniolskich dołach i pagórkach. Choć nie będzie to ani kolorowa Sycylia, ani pachnące praniem Bari, to jednak będą to Włochy na wyłączność, czyli takie, które lubię promować w cyklu #WłochyAlternatywnie – nietuzinkowe i bogate w zaskoczenia. Oto moja lista miejsc wydobywających prawdziwe złoto.

 

 

1.San Leo

San Leo jest fantastycznie przyjemne i bardzo slow. Choć z całej listy jest najbardziej turystyczne – jeśli w ogóle mogę się tak wyrazić – to trzeba je odwiedzić. W sierpniu spacerowało tutaj jakieś 15 osób. Z Riccione do San Leo to około 50 minut drogi autem. Okrzyknięty jednym z piękniejszych miasteczek Italii jest zarazem stolicą regionu Montefeltro (to tak jakby region w regionie Emilii-Romani). Uwielbiam go za ten beżowy, piaskowy kolor murów roztaczający niezwykle ciepłą atmosferę. Wpadłam tutaj z samego rana, zahipnotyzowana uroczą Piazza Dante z niezwykłą Bazyliką i fontanną – miejscem spotkań wszystkich miejscowych. Swoją drogą obserwuję, że w tych rejonach na każdym centralnym placu jest fontanna. Fajnie jest popatrzeć na ludzi, którzy znają się od pokoleń, rozmawiających wprost z domowych okiennic do tych, siedzących na ławeczkach. W San Leo panuje jakiś taki spokojny duch. W południe pięknie dudnią dzwony z La Torre, a gdzieś nieopodal rozbrzmiewa operowy śpiew, którego nie pochodzenia nie umiałam zlokalizować. Historyczne monumenty można tu wyliczyć na palcach jednej ręki i to też jest fajny aspekt tego miejsca, bo czyni je niezwykle przytulnym. Niezabieganym, a zarazem tajemniczym. Wystarczy spojrzeć na lawirującą nad miasteczkiem twierdzę, sprawia wrażenie nawiedzonej i fakt – polecam do niej zajrzeć. Zobaczycie w sali tortur czym kiedyś była demokracja i wolność słowa.

 

2.Pennabilli

Choć Valmarecchia jest urodzajna pod względem malutkich borgów, to Pennabilli jest pierwszym na liście, które powinniście odwiedzić zwłaszcza, jeśli macie tylko jeden dzień do dyspozycji. Celujcie w tą pozycję, a nie zbłądzicie.

Powodów, aby odwiedzić Pennabilli jest wiele bowiem to mikroskopijne miasteczko mieści ogrom przygodnych zakamarków oraz całe wiadro kultury i historii romaniolskiej, której na bank się nie spodziewacie. Pennabilli jest niczym dobre wino. Smakuje na wiele tonów, a z każdym łykiem rozbudza coraz większą ciekawość. Koniec butelki przyprawia o dreszcz i chęć na więcej. Będziecie je długo pamiętać.

Nasz wspólny taniec rozpoczął się od eksplorowania głównej Piazza Vittorio Emanuele, z której roztacza się widok na uroczą, murowaną na czerwono Katedrę San Leone, fontannę i powolne życie mieszkających tu ludzi. Pennabilli bowiem trzeba odkrywać warstwowo, niczym najlepsze ciasto czekoladowe przekładane kremem. Im wyżej w górę, tym więcej emocji.

Zanim totalnie wpadłam w objęcia miasteczka, najpierw zajrzałam do mieszczącego się blisko Katedry Ogrodu Zapomnianych Owoców (L’Orto dei Frutti Dimenticati), od którego wręcz bije sielskością, a styl slow odbija się echem od wszystkich obecnych tu dzieł sztuki Tonino Guerry. Fantastyczne miejsce na reset umysłu pośród natury w boskiej ciszy przeciętej nutką magii i zapachu owoców. Taki start zapowiadał tylko obiecujące rozwinięcie. Kamienne uliczki mknące w górę miasta nęciły już od samego początku. O tych malowniczych zakamarkach i pustych zielonych zaułkach mogłabym napisać poezję, zupełnie taką jak ta, którą znajdziecie w starym, maleńkim kościele skrywającym L’Angelo Coi Baffi – wiersz dialektyczny Tonino, opowiadający o pewnym zabawnym wąsatym Aniele. Szłam i raczyłam się rozsianą wokół symboliką na szlaku przepięknych zegarów słonecznych (to charakterystyczny punkt miasta), pustką i spokojem. Podziwiałam budynki otulone roślinnością i kawałkami ceramiki z różnymi cytatami Tonino, i czasem schodziłam ze szlaku głównego na rzecz mniejszych zakamarków, aby lepiej przyjrzeć się, jak żyją tutaj ludzie. Wisienka jednak okazała się być najbardziej soczysta.

 

Na najwyższym szczycie miasta rozpościera się obłędny widok na całą panoramę osady i charakterystyczne wzgórze z twierdzą Billi, wykończone krzyżem. Generalnie na tym szczycie panuje aura niemal pozamaterialna quasi sakralna. I faktycznie, odkryłam kilka takich kąsków, jak na przykład silny związek Pennabilli z Tybetem, który upamiętnia obecny tu dzwon Di Lhasa, będący równocześnie symbolem połączenia religii i szacunku dla każdego kultu. Przyszedł również czas na TEN dreszcz, do którego usiłuję dobrnąć. To właśnie Pennabilli Leonardo da Vinci wykorzystał jako tło do swojej Mona Lisy. Mam ciary, żyjąc ze świadomością, że byłam w miejscu, które można znaleźć na obrazie mistrza. Mam ciary wiedząc, że właśnie te niepozorne, lekko podsuszone krajobrazy Valmarecchi (z San Leo na czele) dla Leonarda były inspiracją do tworzenia swoich oper. Z resztą, podnietę zostawiam dla siebie. Musicie tam pojechać i tyle.

3.Petrella Guidi

Takiego miejsca się nie spodziewałam, ba! w takim miejscu to ja nigdy nie byłam. Nie we Włoszech. I gwarantuję wam, że wy też nigdy nie byliście. Petrella Guidi wychodzi poza wszelakie standardy tradycyjnego podróżowania. Turystyka, jak dobrze pójdzie dotrze tutaj za jakieś 20 lat albo wcale. O matko, ile emocji towarzyszyło mi w eksplorowaniu tego miasteczka. Było krótko, ale zapewniam was – bardzo intensywnie. Od Pennabilli to zaledwie 15 minut samochodem, dlatego tego samego dnia warto odwiedzić zarówno jedno, jak i drugie.

Petrella Guidi – miasto-widmo, pustelnia osadzona na względnie wysokim wzgórzu pośród absolutnie niczego. To punkt na mapie Emilii-Romani, który kusi swoją metafizycznością unosząca się nad kamiennymi murami miasta. Z pozoru wydaje się być kompletnie opuszczona, w rzeczywistości jest zamieszkiwana przez kilkanaście rodzin.

Miałam okazje zajrzeć tam w jedno popołudnie i wyobraźcie sobie, że po miasteczku spacerowałam całkowicie sama plus Alberto. Żadnych mieszkańców, żadnych barów, jeden sznur wiszących gaci, jedna zamknięta na cztery spusty trattoria porośnięta dzikim bluszczem. Jeden kot wylegujących się na miękkiej kanapie w czerwone róże, cała orkiestra pasikoników, jeden nieczynny kamienny piec, kilka wspaniałych ogrodów, jedna przepiękna dzwonnica i wzgórze uwieńczone średniowieczną, kwadratową wieżą z widokiem na całą Valmarecchię. Cisza była tam tak rozkoszna, że najchętniej zapakowałabym choć odrobinę do plecaka i zabrała ze sobą. Nie przeszkadzały mi nawet popiskiwania wirujących po niebie jastrzębi – wręcz przeciwnie – był to kolejny kojący aspekt na całe zło, które fundowała mi romaniolska natura.

I fakt, jeśli pójdziecie na taras widokowy to zobaczycie stamtąd cudowne Pennabilli i przy okazji odkryjecie, że to właśnie z tego samego tarasu tworzył Piero della Francesca. Kto interesuje się sztuką, niech poszuka sobie jego Chrzest Chrystusa – tło tego dzieła jest właśnie tym, które roztacza się wokół Petrelli.

Do takiego miejsca mogę przyjeżdżać, aby pomedytować, nacieszyć się ciszą najpiękniejszą w swej kategorii, być w tu i teraz, w najwyższym tego słowa znaczeniu. Wiedział o tym doskonale Piero della Francesca i sam poszukiwacz inspiracji do swoich filmów – Federico Fellini, któremu mieszkańcy Petrelli zadedykowali marmurową płytę pamiątkową.

petrella guidi włochy emilia romania

4.Talamello

Dla Romagni to gastronomiczna mekka i złoto w jednym, bowiem właśnie w Talamello produkuje się słynny ser – formaggio di fossa. Zrobiony z mleka owczego, tudzież mieszanki mleka koziego i krowiego. Formaggio di fossa ma bardzo charakterystyczny, słonawy i dość pikantny smak. Prezentuje się w formie bez zewnętrznej osłony i jest całkiem twardy. Pomimo talamellskich korzeni, formaggio di fossa bardzo często serwują w Toskanii, części regionu Marche i Umbrii. W Umbrii jadłam go na potęgę.

Gdyby sama procedura dojrzewania sera była nieciekawa, to pewnie bym o tym nie wspominała, ale – no właśnie – jest. Jak sama nazwa wskazuje, dojrzewa on w wykopanych dołach. W miasteczku Talamello niektóre domy dysponują takimi oto podłogowymi wnękami, gdzieś w wybranych miejscach domostwa. Łatwo jest wyłapać, którzy mieszkańcy wiodą prym w produkcji – wystarczy, że obok drzwi wejściowych znajdziecie ceramiczną płytkę z nazwą domowej fossy. W pierwszych dniach sierpnia odbywają się tutaj wielkie przygotowywania dołów pod fermentacje zabezpieczania gipsem foss z umieszczonym już wewnątrz serem. Pod koniec listopada rozpoczyna się  doniosła impreza, inaugurująca otwarcie dołów. Jak się możecie domyślać sagra trwa tutaj dobre trzy tygodnie, a całe miasteczko żyje i jest zrobione z sera.

Jeżeli jesteście bardzo wścibscy podjedzcie w Talamello do Locanda dell’Ambra na głównym placu miasta, tam miła właścicielka wytłumaczy wam krok po kroku cały proces i pokaże jak fossa wyglada u nich od kuchni. Spóźniłam się kilka dni na zamknięcie foss, zatem musiałam zrobić sobie teoretyczny przedsmak.

talamello włochy emilia romania

 

A co z San Marino?

Ktoś zapyta czy w tych okolicach warto zajrzeć do San Marino, bo w końcu mamy je pod nosem? Nie chcę wpisywać tej pozycji jako kolejny punkt na liście, bo będzie to sprzeczne z moim rozumowaniem miejsc nietuzinkowych. Ale napiszę, bo chcę się podzielić moim wrażeniem, że – no właśnie- ktoś, kto przebrnął przez 4 poprzednie, a na deser zafundował sobie wizytę w San Marino może się zdziwić.

Trochę to zrozumiałe, że ten figlarnie wyglądający na mapie kraj w kraju będzie kusił odwiedzinami. Ja byłam bardzo ciekawa i chciałam to doświadczenie dodać do mojej kolekcji. Dodałam i nie żałuję, ale niestety. W sierpniu bardziej się tam przemęczyłam, aniżeli cieszyłam tym, co widzę. Bo La Rocca di San Marino naprawdę robi wrażenie i jest imponująca. Całkiem nieźle radziła sobie w odwracaniu mojej uwagi od tego turystyczno-chińskiego burdelu, który nieco przyćmiewał urodę reszty miasta. Powszechnym chaos, głośne knajpy z menu ze zdjęciami żarcia  i kilometry sklepików z pamiątkami (w tym z bronią) rozstawionymi wzdłuż szlaku. Totalny brak przestrzeni i ludzie fotografujący ten sam pusty skwer. Wiadomo też, jak jest w takich turystycznych miejscach – no może za wyjątkiem Asyżu – mieszkańcy też nie zawsze usypują turyście drogę płatkami uśmiechu i uprzejmości. Musicie o tym wiedzieć miłe panie, że krótkie gacie na wejście do kościoła są wysoce nietolerowane, dlatego zabierzcie najlepiej ze sobą jakąś chustę, chyba że zjecie Mentosa i w jakiś cudowny sposób wydłużycie materiał spódniczki. Uczcie się na moich błędach. Kto chcę wpisać San Marino na swoją wishlist może to zrobić już dziś, ale dam Wam tę radę- nie zostawiajcie go na koniec trasy.

valmarecchia włochy emilia romania

Pomiędzy zabawą z moimi siostrzeńcami na plaży i niekończącymi się rozmowami z moją mamą i siostrą, w końcu napisałam ten artykuł. Chyba nigdy tak długo się nie rozprawiałam nad jednym tekstem. Niech Wam służy, na jedne z bardziej slow wakacji na romaniolskim padole.

 

Dominika

 

Wpis powstał w ramach cyklu #włochyalternatywnie

 

 

A teraz czas na Ciebie!

To wszystko, co czytasz jest dla Ciebie i z myślą o Tobie!  Spodobało się? Zostaw po sobie ślad:

– w komentarzu, tu na blogu,

– udostępniając i komentując na Facebook’u
Ponadto, spotkasz mnie także na Instagramie, a do bezpośredniego kontaktu zapraszam Cię przez mail: ochmilano@gmail.com

 

You Might Also Like

No Comments

    Leave a Reply