EMILIA ROMAGNA PODRÓŻE MAŁE I DUŻE

Bolonia i jej 6 zachwytów, czyli za co warto polubić stolicę lasagni

Od dawna czekałam, aż przyjdzie moment na weekend w Bolonii. Na kilka dni przed kupiłam bilety na pociąg, zarezerwowałam lokum i na szybko spakowałam walizkę. W zasadzie miał to być wypad bez żadnego konkretnego planu. Bo od Mediolanu czasem trzeba odpocząć, właśnie nie planując nic a nic. Ba! Przychodzi taki moment, że cichy głosik z tyłu głowy po prostu mi mówi: Spierdalaj. Już czas wynieść się w jakieś spokojniejsze miejsce. Bolonia była do tego idealna.

Stolicę lasagni odwiedziłam kiedyś tylko w sprawach biznesowych – na organizowanych co roku targach kosmetycznych Cosmoprof. Nic poza tym. Nie wiedziałam czego się spodziewać i gdzie zapuszczać żurawia. Nota bene – kogo jara branża lub po prostu w niej siedzi to bardzo te targi polecam.

 

Wiem, ze to nie było nasze ostatnie spotkanie z Bolo. Choć weekend to przynajmniej 20h na chodzenie po mieście, to i tak mam niedosyt, bo wiem że można z tego miejsca wycisnąć zdecydowanie więcej. Zauroczyłam się, naprawdę. Bolonię nazwałabym przytulną. Taką, która przyjmie cię jak swego, wprawi w dobry nastrój. Sprawi, że zwolnisz i nie będziesz musiała biegać od zabytku do zabytku albo co gorsza – stać w morderczych kolejkach po dzieła Michasia Anioła.

 

 

1.Kolor sieny palonej i piękne czerwone dachy

Napiszę tak podręcznikowo – charakterystycznym elementem Bolonii są jej czerwone dachy. Aby je zobaczyć najpierw trzeba wdrapać się na Torre degli Asinelli. Mnie bardziej podobał się fakt, że 80% Bolonii jest w kolorze sieny palonej, która rozgrzewa nawet najbardziej zacienione i zimne zakarmaki miasta. Nie wiem jak sprawy mają się tu zimą, ale na początku marca energetyczne mury podkręcały temperaturę o jakieś 5 stopni. Jedni malują ściany w sypialni na czerwono, a Bolonia ma to już w naturze – zupełnie jak opcja nasycenia w instagramowych filtrach. Taka gra kolorów. Coś pięknego. Ale wracając do tej wieży. Pokonując jakiś 100-tny stopnień na 76m wysokości doszłam do wniosku, że we wszystkich większych miastach Italii właziłam na wieże, kopuły i dzwony (modląc się przy tym i powtarzając sobie po cichu: nie patrz w dół!). Tak sobie myślę, że gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości co robić we Włoszech, to Wam podpowiem: wchodzenie na wszystkie możliwe wysokości w Italii to zawsze pewniak, że będzie zapierało dech. Dokładnie jak w przypadku Bolonii:

bolonia

PS. Wyprzedzam pytania – bilety na wieżę kupicie online albo w punkcie turystycznym na Piazza Maggiore.  5 ojro.

 

 

2.Arkady, kolumny i legenda

Ktoś jak budował to sobie to wszystko sprytnie wymyślił. Tak żeby w przyrodzie była równowaga. Kolorem gorącej sieny miasto ogrzewa, a arkady w upalne dni genialnie chronią przed skwarem lata. Ale przede wszystkim – nadają miastu niepowtarzalny klimat. Świetnie przechadza się pod ich sklepieniami. Wypatrywałam najciekawych kolumn i starych, średniowiecznych murów z równie przenoszącymi w inny wymiar oknami.

Jeśli lubicie legendy to jest taka jedna – ulubiona przez Bolończykow. Legenda mówi o tym, że przy Piazza Santo Stefano nad wejściem od Corte Isolani mieszkała kobieta, której chciało pozbyć się miasto (chcieli ją zabić, mówiąc najprościej). Jak to wszystkie kobiety przedstawiane w legendach domniemam, że była ona wiedźmą, bo swoją urodą oczarowała mieszkańców na tyle, aby w atmosferze zamachu ujść z życiem. Jak sobie spojrzycie w górę to jest takie mieszkanie wsparte na drewnianych palach, a w drewnianym dachu wbite są strzały, które miały trafić w kobietę. Co ciekawe, strzały wyglądają tak, jakby faktycznie ktoś zostawił je tam wbite X lat temu. To wcale nie taki oczywiste miejsce jak się może wydawać, chwilę krążyłam żeby je znaleźć, a strzał wypatrywałam wytężając mój zajechany od komputera wzrok. Są wysoko!

arkady bolonia

3.Studencki klimat

Może dlatego w Bolo było mi tak swojsko, bo mój rodzinny Poznań też jest bardzo studencki? Nie chodzi mi tu o popijawy i bumelowanie do później nocy, ale bardziej o klimat ulic i placów, gdzie przebywają studenci i inni mieszkańcy miasta, spędzając czas na totalnym chillu. Weźmy wspomnianą Piazza Santo Stefano, Serre dei Giardini Margherita albo Piazza Giuseppe Verdi, otoczonej Uniwerkiem, biblioteką uniwersytecką i Akademią. Ludzie przysiadają tam pod arkadami, aby pokontemplować, wystawić twarz do słońca. Czytają książki albo po prostu obserwują innych. Dla kogoś kto żyje w wielkich, zatłoczonych miastach ten widok jest na wagę złota.

bolonia

4.Zgub się, a znajdziesz złoto

Bo Bolonia była właśnie taka: To gdzie idziemy? No nie wiem, wejdźmy tutaj. I wtedy działa się magia. Jakieś przypadkowe ulice, przejścia i oczywiście łuki. Miam kilka takich wyjść z ulic, że mówilam łoooo! Pięknie. Tak było np. na Via Pescherie Vecchie zaraz przy głownej Piazza Maggiore. Owocowo-warzywne targi, miliard witryn z dobrym jedzeniem i swoisty gwar sprawił, że zapiszczałam. Takie widoki Włoch w końcu lubimy najbardziej. I jak zwykle wszystko sprowadza się do żarcia.

bolonia

 

5.Uprzejmość niepodszyta

Nie chciałabym generalizować kto jest miły a kto nie. W ogóle to nie lubię słowa miły jako przymiotnika w określaniu ludzi. Miły to może być puchaty króliczek. Bolognesi nie są mili, są uprzejmi i uśmiechnięci. Nie wiem czy 2 dni pobytu mogą być podstawą do przyklejania łatki, ale na pewno pierwsze wrażenie było ważne na tyle, aby stwierdzić, że bolońska uprzejmość nie jest wymuszona. U Bolończyków nie ma miejsca na sztuczny, doklejonym uśmiech podszyty myślą: no już idź w cholerę i daj mi spokój. Czuje się takie rzeczy na wszystkich 7 warstwach skóry i fajnie jest być traktowanym jak człowiek, nie jak portfel.

 

 

6.Obłędna kuchnia emiliańska

Byłabym oczywiście chora, gdybym nie napisała o jedzeniu. Bo z Bolonią jest tak, że u niej są właśnie dwa pewniaki: uprzejmość i obłędna emiliańska kuchnia. Wszędzie. Tak, dobre knajpy z dobrym jedzeniem oni mają wszędzie. W zasadzie punkt o dobrym jedzeniu można wrzucać do każdego postu o Italii. W niektórych tylko przypadkach musimy uważać gdzie siadamy, żeby czasem nie natknąć się na mrożoną pizzę z Żabki albo na spaghetti bolognese, które wiecie że powstały z myślą i w umyśle nordyckiego turysty? W Bolonii alleluja knajpy w samiutkim sercu miasta serwują dobrą kuchnię bez ściemniania z tym spaghetti. Bardzo szanuję sobie fakt, że centrum jest wolne od naganiaczy, sterczących przed wejściem do knajpy i zapraszających hasłem special price my friend good pasta, właśnie z tym sztucznym uśmiechem. We włoskim dużym mieście to miła niespodzianka.

Na spaghetti bolognese zapraszam do barów Piccolo za 4zł (oświećcie mnie ile teraz kosztuje makaron w Piccolo, bo mam dane sprzed 5 lat?!), a w Bolonii lepiej sobie zjedzcie tagliatelle al ragù – to jest właśnie spaghetti bolognese, którego wszyscy tak namiętnie szukają. Ponadto, Bolonia robi konkurencję Toskanii swoimi dechami z wędliną i serem. A moim polskim sercem zdecydowanie zawładnęło gnocco fritto, o którym już pisałam tutaj.

 

Gdzie nocowałam?

Nocleg podsunęła mi Renata z Kalejdoskop Renaty. Wybrałam lokum z jej listy – Hotel Donatello, który ma naprawdę genialną lokalizację – 5 minut od centrum i stacji kolejowej. Recepcja jest czynna 24h, co często bardzo się przydaje, a personel mega pomocny. Jedynym minusem było łóżko i poduszki. Jak ktoś lubi spać wysoko to polecam zabrać sobie rogal pod głowę. Inaczej kark cierpnie jak cholera.

 

 

A gdyby komuś było mało to jeszcze trochę inspiracji fociszowych:

bolonia bolonia

Poczuliście chillout?

Odkrywajcie powoli i z namaszczeniem, a zwróci się podwójnie!

Dominika

 

A teraz czas na Ciebie!

To wszystko, co czytasz jest dla Ciebie i z myślą o Tobie!  Spodobało się? Zostaw po sobie ślad:

– w komentarzu, tu na blogu,

– udostępniając i komentując na Facebook’u
Ponadto, spotkasz mnie także na Instagramie, a do bezpośredniego kontaktu zapraszam Cię przez mail: ochmilano@gmail.com

 

 

 

You Might Also Like

No Comments

    Leave a Reply