POLKA NA EMIGRACJI

Być fit to takie proste – o tym, co sprawia żeby wreszcie ruszyć tyłek

O tym, że jestem aktywna fizycznie nie śpiewam wszem i wobec. A naprawdę potrafię dać sobie ostro w rurę tak, że wracając do domu czołgam się po łokciach. Ból przy squotach jest do dziś wkurzający i wciąż próbuję go oswajać.  W Parco Sempione zwykle omija mnie wiele ciekawych scen, które mogłabym sfotografować i opublikować na blogu, ale tak szczerze to żal mi się zatrzymywać, gdy jestem w transie biegania tylko po to, żeby zebrać kilka serduszek na insta. I nie żebym wstydziła się mojej prosiakowatej czerwieni na twarzy z wysiłku, ja po prostu nie potrzebuję poklasku.

 

Żeby nie było, że mam się za Ewkę Ch., bo przy niej to jam leszcz jest. Nie wróżę sobie kariery personalnego trenera, bo nie jest to moim celem, ale przyznaję, że aktywna to ja jestem od dobrych 4 lat. Regularność ćwiczeń nie zawsze stała na poziomach najwyższych, ale nie ma tygodnia, w którym nie ruszyłabym tyłka.

Chęć bycia aktywnym to stan umysłu, który przychodzi z czasem, ale zanim to nastąpi trzeba uświadomić sobie kilka ważnych kwestii. Ja też dochodziłam do tego pomału.

 

Czego ty w ogóle chcesz?

Żeby zacząć coś ze sobą robić najpierw trzeba zadać sobie to zajebiście ważne pytanie – a co ja w ogóle chcę osiągnąć? Schudnąć? Wyrzeźbić klatę i bary, a może sprawić sobie ciało jak Chodakowska? Co cel to inna droga do niego. Po pierwsze to skończ z wywieraniem na sobie presji i daj sobie czas. Chcesz wyglądać jak fitnesska? Opracuj plan działania i trzymaj się go. Jeżeli w tygodniu chcesz poświecić większość wolnego czasu na ćwiczenia to przestań się obwiniać, że zaniedbałaś naukę języka. Nie możesz robić wszystkiego naraz. Masz 24h na dobę, z czego połowa idzie na sen i pracę, druga połowa to obowiązki domowe, a minimum zostaje na przyjemności. A jeżeli masz jakiś sposób żeby pogodzić to wszystko ze sobą na tip top i jeszcze mieć czas żeby uwalić się na kanapę z książką to proszę – zdradź mi swój sekret!

U mnie sprawa wygląda tak, że priorytetem w tygodniu jest blog i ćwiczenia. Jeżeli więcej czasu poświęcam treningom, to wtedy po uszach dostaje blog, bo posty piszę nieco wolniej. Jeżeli chcę pisać bloga, to umiem odpuścić zajęcia na siłowni i nie robię sobie z tego powodu wyrzutów sumienia. Nie trzeba być w tym wypadku alfą i omegą, bo każdy wie, że wytrenowana sylwetka łączy się z pewnymi gastronomicznymi wyrzeczeniami. To są wybory. Wiem, że mój brzuch nigdy nie będzie miał idealnego szcześciopaka, bo ja po prostu kocham jeść i uwielbiam pisać o knajpach na blogu. I co w związku z tym? Przyjmuję to do wiadomości, akceptuję mój wybór i siebie taką, jaka jestem. Z fałdką więcej czy mniej czerpię radość z faktu, że mam kontrolę nad własnym ciałem i ta aktywność zwyczajnie daje mi radość, bo taki jest mój cel – czuć się dobrze ze sobą.

 

Najpierw sprzęt, reszta zrobi się sama

Pamiętam, że pierwsze podrygi na siłowni, a właściwie na zajęciach z fitnessu zaczynałam w przypadkowych legginsach z dziurą na tyłku, w brzydkim odcieniu beżu, podkreślającym bladość moich nóg. Mała to była dziura, ale była i gdyby ktoś chciał się przyczepić, mógłby mi powiedzieć: ,,ej, masz dziurę na tyłku”. Nie żebym była zwolenniczką ekshibicjonizmu, ale serio w tamtym momencie czułam się bardziej zdezorientowaną  królową dyskotek i kolorowych drinków aniżeli szafiarką wyspecjalizowaną w stylizacjach na siłownię. Najprościej mówiąc: o aktywności fizycznej miałam tyle pojęcia, co o szydełkowaniu koszy z kwiatami.

No bo jak to jest, ja się pytam, że dzisiaj jak już zdecydujesz się zatwierdzić przelew na konto klubu fitness, to w drugiej kolejności ruszasz w trasę po łupy, w postaci tych wszystkich zajebiście ważnych urządzeń; lifestajlowych butów, stroju do ćwiczeń z funkcją automatycznej liposukcji, zegarków i opasek, oddychających gaci, samo-napełniającego się bidonu treningowego i pierdyliarda innych gadżetów, o które krzyczy ten cichy głosik w twojej głowie – ej stara, teraz to ty będziesz mieć spektakularną motywację do ćwiczeń!

A no właśnie, że no way. Bo 1. możesz kupić najlepsze buty do biegania i po pierwszej rundzie w parku stwierdzić, że to kompletnie nie dla ciebie. Bo nuda, bo biega się bez celu, bo nie lubisz się tak pocić albo, jest jeszcze opcja numer 2. – możesz to totalnie pokochać. Z autopsji wiem, że w grę niestety wchodzi to pierwsze.

Nikomu nie zabraniam zostawienia złotych monet w sklepach Nike’a czy Adidasa, ale zaufaj mi, że fikuśny, fitnessowy komplecik nie podniesie cię z kanapy do robienia przysiadów. Nie gwarantuje motywacji i nie jest bodźcem do zdobycia tytułu królowej stepu. Dopiero jak się wkręcisz, to wtedy zobaczysz jak fajnie szuka się sportowych cudeniek na shoppingu, bo już wiesz czego tak naprawdę potrzebujesz, a co jest kompletnie zbędne. Bo tak baj de wej to….

 

…nie wszystkie zajęcia są dla ciebie

To jest absolutna prawda. Fakt, że robisz coś ze swoim ciałem nie oznacza, że musisz robić z nim wszystko. Bo dobry trening, to też taki trening, który sprawia ci przyjemność, więc dlatego najpierw warto przetestować kilka zajęć, a potem wybrać te, w które chcesz zainwestować czas i wysiłek. Zwolennicy zajęć ze sztangą będą ziewać na jodze i odwrotnie. Nie rzucaj się na roczny karnet na zajęcia z cross-fitu tylko dlatego, że usłyszałaś, że to takie fajne, bo dupa szybciej robi się twarda no i teraz wszyscy to robią. Stawiam pięć dych, że większość tych, którzy tak bardzo podniecają się cross-fitem i intensywnie publikują zdjęcia na instagramie, salę zajęć w tym miesiącu widzieli 3 razy. I to jest kolejny problem.

 

Sport pod publiczkę

To jest smutne. Sytuacja nie tak bardzo odległa, jak wczorajszy bieg na 10km. Wstałam rano, połknęłam mały jogurt i kawę, umyłam się, ubrałam i pojechałam na Piazza Duomo, która jak co roku jest punktem początkowym w biegu DeeJayTen. Nie tak bardzo jak na wyciągniecie ręki, w kolejce do startu stała obok mnie dziewczyna. Ładna blondynka, pięknie pomalowana, w towarzystwie swojego chłopaka i smartfona uniesionego w górę. Pstryk, pstryk, patrzcie, na mnie dzisiaj robię dychę, jestem fit! Po niespełna  10minutach, widziałam dokładnie tę samą dziewczynę, która po 200metrach trasy spacerowała kompletnie zdemotywowana do dalszego biegu. 200 metrów, kumasz? Nie myślę o niej, że jest idiotką, tylko bardziej przykry jest fakt, że wielu jest tych, co to dupę rusza pod publikę. To tak na potwierdzenie punktów powyższych – jak bardzo ważny jest cel, no bo po co się w coś angażujesz? Stawiasz sobie wyzwanie, które ma dla ciebie znaczenie osobiste czy po prostu chcesz się pokazać znajomym? Że wiesz, ty robisz coś ze swoim życiem, więc przecież warto się tym pochwalić. Problem polega na tym, jak bardzo robisz to na serio i realnie co ci to daje? Mówię ci maleńka, tacy ludzie mają dokładnie takie same wątpliwości jak ty. Pasja i zaangażowanie nie potrzebuje publiki.

 

Wybór twojego azylu

Niech to zabrzmi dziwnie, ale z Polski jedną z rzeczy, której bardzo mi brakuje (oprócz schabowych mojej mamy) jest karta MultiSportu. To była bardzo wygodna opcja, która dawała mi dużo swobody i szerokie pole manewru. W Mediolanie trochę naszukałam się siłowni, która będzie mi pasować z różnych względów – atmosfery, lokalizacji, rodzaju zajęć i ich godzin, tak żebym mogła wpasować się z pracą. Fajnie gdyby w pakiecie była jeszcze możliwość korzystania z basenu, bo lubię pływać.

Zanim znalazłam mój azyl przeszłam też przez kilka większych sieciówek i doszłam do wniosku jak bardzo cenię sobie nieco mniejsze, bardziej kameralne fitness kluby od modnych hangarów na napince, gdzie do sprzętów trzeba ustawiać się w kolejce. Rodzaj siłowni ma także ogromne znaczenie, zwłaszcza jeżeli lubisz zajęcia w grupach. Bo nie ma nic gorszego niż grupa 40 osób na sali 10m², leżąca na sobie spoconym cielskiem – po pierwsze, jeśli nie zajmiesz sobie dobrego miejsca to trudno ci będzie śledzić instruktora i wtedy taki trening możesz wsadzić tam, gdzie słońce nigdy nie dociera. Po drugie – instruktor nie śledzi ciebie. To też ważny aspekt – doceniam ludzi prowadzących zajęcia, którzy podejdą, poprawią, dadzą wskazówkę, zwłaszcza jeżeli jesteś na początku tego rozdziału. Na zajęcia do takich ludzi lecę z przyjemnością, bo wiem że moje pocenie się ma sens. Dobrze, że istnieją opcje jak dzień próbny – warto z nich korzystać.

 

Bo najważniejsza jest radość!

Często słyszałam taki tekst, że po co chodzę na siłownie jeśli już jestem chuda? Sorry, ale to jest najgłupsza teoria jaką słyszałam. I nie pada ona tylko w Italii. Bo widzisz, u wielu z nas kobiet, pod kopułką zapisała się koncepcja, że sport służy tylko chudnięciu. A jak już rzeczywiście schudnę na tej siłowni to co potem? Usiądę i wrócę do przeszłego stanu rzeczy? Usiłuję zrozumieć ten tok myślenia i jakoś nie potrafię – to chyba wciąż moje blond włosy. Ewa Chodakowska naprawdę nie gada głupot, zarzucając tymi wszystkimi sloganami. Ja też potrzebowałam czasu, żeby ich wartość teoretyczną przenieść do rzeczywistości. Bo chudnięcie to tylko efekt uboczny, a tutaj liczy się fakt, że to co robisz sprawia ci po prosu radość. R-A-D-O-Ś-Ć. Kumasz?

Tylko mi nie mów, że na złapanie bakcyla czerpiesz inspiracje z instagrama, scrollując profile podrasowanych modelek, seksowanie wypiętymi w pozycji squotu. Ale to już jest chyba przereklamowane i tak myślę, że wszyscy o tym wiedzą?

 

Jak to mówi Ewa: Bądź najlepszą wersją siebie,

Ściskam na maxa,

 

Dominika (która dzisiaj odpuściła trening, bo chciała się podzielić z Tobą tą refleksją)

 

A teraz czas na Ciebie!

To wszystko, co czytasz jest dla Ciebie i z myślą o Tobie!  Spodobało się? Zostaw po sobie ślad:

– w komentarzu, tu na blogu,

– udostępniając i komentując na Facebook’u
Ponadto, spotkasz mnie także na Instagramie, a do bezpośredniego kontaktu zapraszam Cię przez mail: ochmilano@gmail.com

 

 

 

You Might Also Like