PODRÓŻE MAŁE I DUŻE

Walencja. Najprostszy powód żeby zdradzić Włochy!

Wyjazd niby przeleciał nam szybko, ale jednak czuję się syta. Miło się wraca do miejsc, w których już kiedyś postawiło się stopę, ale jeszcze fajniej jest przeżywać to wszystko na nowo – ze świeżym spojrzeniem i dużym apetytem na relaks. Walencja trochę namieszała w moim życiu (uwaga – załącza mi się sentymentalno-romantyczny mood), ale jest skubana chytra, bo wywołuje w człowieku stan głębokiej rozpaczy, gdy przychodzi mu się z nią pożegnać.

 

To tak, wracając na chwilę do tych sentymentalno-romantycznych podtekstów dodam tylko, że właśnie w Walencji poznałam się 5 lat temu z Albim…. i STOP, bo o mnie to już tyle.

 

Dlaczego Włosi kochają Hiszpanię? Chyba zgodzi się ze mną większość Europy, że tak jak Włochy wywołują drżenie serca, tak i Hiszpanom nie można niczego zarzucić z bardzo prostego powodu… to jest absolutnie radosny i bardzo wyluzowany naród.

Jeżeli mieszkasz w szybkim i dużym mieście to, wiesz o czym mówię. Mediolan nie należy do tej kategorii miejsc, gdzie człowiek potrafi odprężyć się od czubka głowy po końce palców. Najprościej rzecz ujmując: przyznaję, że roi się tu od snobów i pracujących w pocie czoła zestresowanych ludzi, którym ciśnienie potrafi podnieść najmniejsza pierdoła. Każde miejsce na Ziemi ma swoje plusy i minusy, ale ja na szczęście wolę zajmować się tymi pozytywnymi aspektami życia.

 

Do Walencji tłumnie przyjeżdżają Włosi po to, aby: zwiedzać, zamieszkać, pracować albo po to, aby wybrać ją na roczne uciechy Erasmusa – i fakt faktem w tej kategorii Walencja ląduje na 3 miejscu jako najchętniej wybierane, hiszpańskie miasto. Jednym słowem: chcesz się uczyć włoskiego? – W Walencji też jest to bardzo realne!

 

O co warto zahaczyć w Walencji?

Walencjanie postawili przede wszystkim na dopieszczenie centrum miasta. Nieco alternatywne, folklorystyczne, odpicowane według hiszpańskiej filozofii kolorów i architektonicznego gustu. Placa del Ayiutamento jest idealnym punktem odniesienia żeby móc potem wejść w głąb miasta i trochę pobłądzić.

Walencja jest dokładnie tak kolorowa, jak ukochane przeze mnie espadrillas. Każdy róg zaskakuje kolorowymi muralesami, graffiti i street artem na poziomie. Małe uliczki prowadzą na urokliwy skwer, tudzież dziedziniec obklejony serpentynami, zwisającymi z koron drzew.  Gdzieś po drodze mija się budę zabitą blachą, w której oldschoolowy sprzedawca handluje książkami, a dwie przecznice dalej wpadam na totalnie oderwaną od rzeczywistości księgarnie z kolekcją, którą raczej pamięta duch mojej pra-pra babki. I ja się pytam. Kto to kupuje, jak ten człowiek z tego żyje? Jakoś żyje, bo uśmiech miał od ucha do ucha i mało brakowało żebyśmy napili się razem wina i jeszcze trochę pogadali.

Centrum obok wszystkich sakralnych monumentów, które możesz sobie poszukać w internetach dysponuje Mercato Centrale. Moja miłość do tego typu miejsc zaczęła się w Madrycie, gdzie obżerałam się naprawdę nieprzyzwoicie zahaczając o co drugi kram. Florencja też ma taki market, ale (przynajmniej dla mnie) jedzie od niego komercją. W Walencji natomiast, na Mercato Centrale co prawda nie można liczyć na wielką wyżerkę przy stoiskach, ale za to mamy gwarant, że właśnie tutaj zaopatruje się większość restauracji i lokalsów, a to oznacza, że jedzenie jest naprawdę dobrej jakości. Swoją drogą w dalszej części postu mam dla Ciebie opcję na obiad w wyjątkowej knajpie, a raczej opcję na wyjątkowy obiad.

Widokówką Walencji jest kapitalne Città della Scienza projektu Calatrava, które swoim nowatorskim kształtem totalnie odrywa się od klimatu hiszpańskiego miasteczka. Absolutną bombą jest Oceanarium, które – jak twierdzą Walencjanie – jest największe w Europie. Byłam, potwierdzam i aż miałam ochotę wybrać się i tym razem. Pozostałymi składowymi Miasta Nauki jest: Agora, Pałac Sztuki, Hemisferic – przypominające gigantycznego żółwia, choć w rzeczywistości to połowa gałki ocznej (najlepiej widać to wieczorem, gdy sfera rzuca odbicie na taflę wody przyjmując kształt całego oka).

No i kurde ten park obok – Giardini del Turia, mnie osobiście zabił – pozytywnie rzecz jasna. Z natury strasznie podniecam się na widok kwiecia, toteż i tutaj byłam w siódmym niebie. Starannie wypielęgnowane krzewy róż, trawniki, rośliny i inne cuda z żadnym tam Mediolanem nie mogą się równać. Po prostu pięknie!

(EDIT: Nienasyconym lub rodzinom z dziećmi polecam zobaczyć również główną atrakcję parku rzeźbę Guliwera!)

Gwarantuję, że w Walencji można znaleźć dosłownie wszystko; od dumnej architektury w centrum miasta, nonszalanckich i nowoczesnych galerii handlowych, kiczu i trashu, kolorowych, płóciennych szat dla wyluzowanych pań, eleganckich restauracji, smrodu i porzuconych, starych mebli, a także tej mroczniejszej strony miasta – głębokiego slumsu i ubóstwa.

 

No właśnie, gdy wystawimy nochal nieco poza centrum ochów i achów, natkniemy się na to, co mieszkańcy miasta przyjęli za wielki wstyd. Aby dostać się do plaży głównej Walencji można wybrać dwie trasy; dzielnicę Cabanyal lub jakąkolwiek inną trasę z dala od dzielnicy Cabanyal.

Spacerując po Cabanyal wieczorem najprościej mówiąc sam prosisz się o łomot. Nie, że straszę czy coś, ale to nie miejsce na romantyczne spacery pod gwieździstym niebem, tylko argument żeby rzeczy osobiste trzymać mocniej niż kiedykolwiek. Cabanyal zamieszkują naprawdę biedne, wykolejone grupy społeczne Walencji. Co tu dużo mówić – patologie. Domy mieszkalne, które kiedyś musiały być malownicze, dzisiaj są w opłakanym stanie. Jak już Cię tak ciekawość zżera, idąc na plażę za dnia możesz przejść jedną z ulic, ale zrób to szybko i lepiej nie wyciągaj telefonu.

To o czym ja… No tak! W Walencji turystyka jest raczej materią szeroko pojętą i w zasadzie nic w tym dziwnego, ale to, co mnie absolutnie urzeka w tym mieście to ten totalny luz, który chyba Walencjanie pojęli od hipisów albo po prostu mieszkają tu sami wyzwoleńcy.

Na pewno masz ten obrazek przed oczami: cerveza i para picar – piwo i oliwki wciągane na zmianę z solonymi orzeszkami, długie konwersacje o każdej porze dnia i nocy w przydrożnych barach, przy plastikowych stolikach ustawionych na środku chodnika. Nikt tu się na nikogo nie wkurza, pomimo korków na ulicach ludzie mniej się obtrombiają, a przypadkowe wetknięcie się komuś w kolejkę przy barze nie jest kwitowane bukietem bluzg. Przyjeżdżając z głośnego miasta, to naprawdę miła odmiana.

 

A jak już jesteśmy przy piwie i orzeszkach to przecież nie mogę Ci popuścić – mam takie miejscówki, że spuchniesz!

Albi mieszkał w Walencji przez rok czasu i tym razem oszczędził mi zachodu na szukanie miejsc, wartych stestowania. Mam tutaj listę tych wszystkich knajp i barów, które odwiedzają lokalni mieszkańcy, dwa słowa: jest dużo, smacznie i tanio (dobra niech będą 3).

 

Bodega Fila El Labrador – tapas i wino

Jak zamawiałam to płakałam. Że tak tanio, że tak smacznie, że tak swojsko i naprawdę mega hiszpańsko. W Bodedze chłopaki sami pędzą swoje wino (kieliszek 1,5ojro), jamon iberico i ser są pierwsza klasa, oliwki uzależniają i jedyne o co musisz prosić los, to wolne miejsce przy barze tudzież stoliku (a to jest naprawdę ciężka misja). Walencjanie wpadają tutaj na paprykę w occie, kawałek ryby i oczywiście kieliszek wina. Bez zbędnych sztućców, elegancji i robienia z siebie damy. Wystarczy para rąk, serwetki i godne towarzystwo. A rachunek na kartce wydartej z zeszytu liczy się w słupku matematycznym – to tak w razie czego, gdyby ktoś z Was liczył na paragon – w Walencji zapomnij o tym.

 

Adres: Carrer del Dr. Manuel Candela, 58

 

Tanto Monta – pinchos

Wiele pojawia się dyskusji na temat różnicy pomiędzy tapasem a pinchos. Różnica jest taka, że pinchos to kawałki bagietki z różnymi dodatkami, często połączonymi w fantazyjny sposób, a tapas – jak to tapas jest dodatkiem do zamawianego alko. Tanto Monta to najbardziej popularne wśród Walencjan miejsce na pinchos. Oprócz robienia fotek Albiemu z właścicielem na pamiątkę spotkania po latach, obiecałam moim udom, że gdy wrócimy do domu będziemy robić przysiady. Z Tanto Monta nie można wyjść o szklance piwa, bo pinchos są naprawdę genialne i bardzo domowe!

 

Adres: Carrer del Poeta Artola, 19

 

Casa Victoria – wino i tapas

Najmniejszy i najsmaczniejszy bar ever – oprócz tego, o którym pisałam w poście o Florencji. Co tu dużo mówić; mikro-stoliczek do podparcia się przed barem jest. Czerwoni na twarzy od wina lokalsi są, rozmowy i enargiczne gestykulacje są, klimat jest, tapas – pierwsza klasa. Zdecydowanie na tak!

 

Adres: Carrer de Calatrava, 23

 

Bar La Ola – patatas bravas i obiad

Choć widziałam, że na necie ma wiele negatywnych opinii, ja jestem innego zdania. Nie wiem, czy to dzień, czy chęć zjedzenia patatas bravas, ale na obiad blisko plaży jak dla mnie strzał w dychę.

Adres: Calle Eugenia Vines, 171

 

El Trocito Del Medio – ryba i mięso

Pisałam, że mam wyjątkową opcję na obiad? Choć okolica Mercato Centrale jest nieźle zatłoczona to wierz mi, że to prawdziwa frajda jeść w El Trocito Del Medio. Dlaczego? Po pierwsze i najważniejsze polecam zarezerwować stolik na kilka dni wcześniej – miałam okazję przekonać się ilu było chętnych bez rezerwacji. Po drugie, kuchnia przygotuje dla Ciebie to, co wcześniej upolujesz sobie na Mercato Centrale. Chcesz kawał mięcha? Proszę bardzo. Ryba z grilla, w oliwie i papryczce peperoncino? To nie problem. Do tego możesz się dogadać się z kelnerem i przynieść własne wino z rynku (podejrzałam u innych Walencjan!). Samą radochą jest wybieranie tego, co chcesz zjeść i mówię Ci – pospiesz się, bo Walencjanie też wiedzą, że przychodząc wcześniej na rynek można dostać naprawdę dobry towar!

 

Adres: Carrer de Blanes, 1

 

La herradura – paella

Wstydem jest przyjechać do Walencji i nie zjeść paelli, zwłaszcza tej tradycyjnej –  z królikiem, udkami kurczaka i fasolką. Pamiętam jak przyjechałam do Walencji 5 lat temu i trafiłam do jednej knajpy, gdzieś w jakiejś małej uliczce, z dala od zgiełku miasta. Smak tamtej paelli mam do dziś na podniebieniu, ale za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, kto mnie tak nakarmił. Czując wyzwanie i chęć poszukania czegoś równie dobrego trafiłam do La herradura – restauracji przy plaży. I choć jest to miejsce dość dostępne i na widoku, to wspomnienie wróciło prawie z łezką w oku. Znając brak cierpliwości u głodnego Polaka polecam wcześniej wziąć przystawkę, bo samo przygotowanie paelli zajmuje kuchni około 40 minut – niebo w gębie!

Adres: Passeig de Lluís Saiz Diaz Regatista, Módulo 2

 

Przeżyjmy to jeszcze przez chwilę:

 

 

Z miłością,

Dominika

 

A teraz czas na Ciebie!
 

To wszystko, co czytasz jest dla Ciebie i z myślą o Tobie!  Spodobało się? Zostaw po sobie ślad:

– w komentarzu, tu na blogu,

– udostępniając i komentując na Facebook’u
Ponadto, spotkasz mnie także na Instagramie, a do bezpośredniego kontaktu zapraszam Cię przez mail: ochmilano@gmail.com

 

 

 

 

 

 

You Might Also Like