WŚRÓD WŁOCHÓW

Pasta i basta!

 

Włoska kuchnia jest uwielbiana przez ludzi na całym świecie, tego chyba nie muszę Wam szerzej tłumaczyć. Kiedyś podczas jednej z kolacji, zapytałam mojego Alberto: ,,To właściwie ile macie rodzajów pasty ?’’ W pierwszej chwili nie umiał mi odpowiedzieć, ale jest ich w każdym razie około 100. SAMEGO MAKARONU!!??

 

Tak, Włosi są super dumni z faktu, że pasta pochodzi właśnie od nich, a pizza jest światowym hitem wśród jedzenia. To jest właśnie powód do tego, żeby jeszcze wyżej zadzierać nosa.

Temat jedzenia to jeden z ważniejszych aspektów codzienności w Mediolanie i sens życia wszystkich Włochów. Filozofia włoskiej kuchni jest adekwatna do sposobu życia Włochów; danie ma być proste, szybkie do przyrządzenia i przede wszystkim smaczne! I rzeczywiście jak jest. Od roku obserwuje makarońskie poczynania w kuchni i już zdążyłam zauważyć, że każdy przygotowywany przez nich posiłek nie zajmuje więcej niż 30 minut!
We włoskiej kulturze, posiłki spożywane w ciągu dnia przeważnie odbywają się w towarzystwie całej rodziny. Najbardziej celebrowanym z nich jest kolacja, tzw. cena (czyt. czena). Szczyt stołu najczęściej zajmuje najstarszy z rodu lub ,,głowa rodziny’’, a później reszta domowników. Czas kolacji, jest momentem, w którym można porozmawiać o wszystkich zdarzeniach z dnia bieżącego, pożartować, czasem pokłócić się albo po prostu, aby pobyć ze sobą. Menu na wieczór zwykle zostaje przedyskutowane tego samego dnia, w czasie przerwy w pracy, w metrze, supermarkecie. Wracając do domu zawsze uśmiecham się do siebie, gdy słyszę ich rozmowy przez telefon na temat tego ,,che cosa mangiamo stasera?’’ (czyt. ke koza mandżiamo stasera, w tł. co jemy na kolacje dziś wieczorem?).
W Mediolanie doceniam fakt, że idąc na zakupy mam szeroki wybór produktów, owoców i warzyw, z których mogę zmajstrować coś smacznego. W naszym polsko-włoskim domostwie, z moim Alberto jesteśmy raczej zgodni w kwestiach kulinarnych. Niemniej, różnic kulturowych nie da się wykluczyć, ja jestem ,,poznańską pyrą’’, a on dba o to, aby w naszej kuchni makaronu było pod dostatkiem.
Na początku mojego pobytu wychodziłam z założenia, że chce gotować po polsku. Nieważne jak bardzo lubiłabym pizzę, makaron czy mozzarellę, to po kilku miesiącach wykluczenia polskiej żywności z mojego dziennego menu sprawia, że zaczęłam zastanawiać się nad domowym kiszeniem ogórków. Moje polskie nawyki żywieniowe od samego początku zastanawiały włoskich domowników; śniadanie ,,na słono’’, obiad o godzinie 16, a polska kolacja to dla nich jak ,,lunch’’. Niemniej, podjęcie inicjatywy kuchni polskiej we włoskim gospodarstwie przeważnie kończyło się porażką. Pierwszym podejściem były zasmażane buraczki, których tarcie zajęło mi dwie godziny, bowiem z trudem przyszło mi znalezienie tarki o odpowiednio grubych oczkach. Do dyspozycji miałam tylko taką do ścierania parmezanu. Do akcji ,,pyzy na parze’’ (przywiezione z Polski) zaangażowała się cała włoska rodzina. Urządzenie do gotowania na parze wcale nie przypominało urządzenia do gotowania na parze. Z minuty na minutę cała sytuacja doprowadzała mnie do szału i frustracji, bo to co w teorii miało być ,,na parze’’, w praktyce lądowało do garnka pełnego wody. Odwołałam się nawet, do szlachetnej ,,babcinej gazy’’, lecz we włoskiej kuchni możesz zapomnieć o obecności takich akcesoriów. W każdym razie, próba polskiej kuchni doprowadzała do mniejszej lub większej klęski, dlatego też odpuściłam temat. Aby zachować twarz, uśmiechałam się głupkowato i uparcie twierdziłam, że wszystko ,,va bene’’ (w tł. ,,idzie dobrze’’).
Zamiast bawić się w Magdę Gessler doszłam do wniosku, że muszę zmienić swoje polskie nawyki żywieniowe i przestawić się na włoską dietę, aby ułatwić sobie życie i nie umrzeć z głodu tuż przed obiadem. Tym co wyczyniam w kuchni najbardziej interesował się ojciec Alberto. Nie potrafił zrozumieć dlaczego stoję przy garach dwie godzinny bez efektów i często lubił się ze mną droczyć. Musicie to wiedzieć, ale dyskusje na temat innej kuchni niż włoska z Włochami starszego pokolenia nie mają najmniejszego sensu. Dla nich wszystko to, co nie ,,makarońskie’’ jest po prostu eksperymentem.
W tym włoskim egocentryzmie kulinarnym dostrzegam także pewne zalety. Sposób przechowywania jedzenia, Włosi mają opanowany do tego stopnia, że każdy najmniejszy okruch zostanie skonsumowany. Grana padano jest zawinięta w ręcznik kuchenny, za to warzywa w scotex, aby zapobiec wilgoci i przedwczesnej fermentacji. W lodówce panuje porządek, a obecność pojemników próżniowych jest obowiązkowa. Nie ma możliwości, aby cokolwiek się zmarnowało.
Człowiek jest tak dziwnie skonstruowaną istotą, że zawsze będzie mu źle, nigdy nie dogodzisz. W Mediolanie, przetestowałam już chyba wszystkie rodzaje makaronu i pizzy, ale tęsknota za polskimi pierogami i kapustą jest silniejsza. W Polsce miałam to wszystko pod ręką, a tutaj muszę odstawiać kuchenne kabarety. Niemniej szanuję to, że nauczyłam się przygotowywania własnej carbonary, oliwy z peperoncino czy pesto. Alberto za to, poznał smak brukselki i kotletów mielonych.
 
Ja tymczasem czekam na paczkę z Polski, aby zawojować stół na święta Bożego Narodzenia i wprowadzić trochę polskiej atmosfery do mojego ,,mediolańskiego’’ życia.
 
Buziaki,

Dominika

A teraz czas na Ciebie!

 

To wszystko, co czytasz jest dla Ciebie i z myślą o Tobie!  Spodobało się? Zostaw po sobie ślad:

– w komentarzu, tu na blogu,

– udostępniając i komentując na Facebook’u

Ponadto, spotkasz mnie także na Instagramie, a do bezpośredniego kontaktu zapraszam Cię przez mail: ochmilano@gmail.com

 

Zapisz

You Might Also Like