POLKA NA EMIGRACJI

Alberto

Każdy dzień przynosi coś nowego. Zwyczajnie, wstajesz z łóżka i nigdy nie wiesz, czego możesz się spodziewać. Ja, wychodzę z założenia, że życie lubi przynosić niespodzianki, a każdy z nas ma jakąś misję do spełnienia. Dlatego też, nie oglądam się nigdy za siebie, wyznaczam cel i do niego dążę, mniej lub bardziej cierpliwie.

Mówiąc o niespodziankach, na pewno niejednemu z Was przytrafiło się coś w najmniej oczekiwanym momencie życia. Coś, co czasem potrafi zmienić dotychczasową, nazwijmy to ,,rutynę dnia’’, w taki sposób, że wywraca Waszym światem o 180 stopni.
Mnie też to dopadło.
Latem, czas jakby płynie trochę wolniej. Przerwa w studiach, urlop w pracy i szereg planów wyjazdowych. Miałam plan i ja. Odwiedzić koleżankę mieszkającą w Hiszpanii, odpocząć, uciec od szarej rzeczywistości i zbliżającej się wielkimi krokami magisterki. No właśnie, gdyby nie ten wyjazd, jeden dzień, a właściwie jeden wieczór, nigdy nie zamieszkałabym w Mediolanie, nie nauczyłabym się języka, nie poznałabym tutejszego pędu życia, nie pracowałabym z Włochami i nie piłabym codziennie espresso, tylko moją ukochaną rozpuszczalną Nescafe, rozmyślając nad tym, co mogłabym zdziałać w mojej Ojczyźnie.
W rzeczywistości wcale nie miałam ochoty na nowe towarzystwo. Poza tym, nigdy nie byłam zwolennikiem wakacyjnych znajomości. Zawsze zajeżdżało to dla mnie tanim banałem. Jednak, jak się okazuje nie był to wcale taki banał.
Był to ostatni wieczór mojego pobytu. Przed powrotem do Polski i wszystkich obowiązków, wybrałyśmy się z Kaśką do jednego z klubów. Przeznaczenie chciało, że przypadkiem spotkałyśmy jej znajomych z wykładów.
Miał na imię Alberto. Spokojny, nieśmiały, pasjonat architektury. Pomyślałam sobie, że jak na kogoś nowo poznanego, do tego cudzoziemca z imprezy, był naprawdę w porządku. Pogadaliśmy kilka godzin, rozmowa się kleiła, a on nie wyglądał na gamonia. Nie rzucał podtekstami i miał do powiedzenia coś mądrego. W każdym razie, dla mnie oczywistym było to, że już nigdy więcej się nie spotkamy. Myślałam, że na żartach w stylu ,,odwiedź mnie kiedyś w Milano’’ zakończy się ta cała pogawędka. I oczywiście nie brałam niczego na serio. Cześć, wracam do Polski. Ale nie. Stało się inaczej.
On uparty, nie odpuścił. Po 3 tygodniach, kilku Skype’ach i codziennych wiadomościach, kupił bilet i zwyczajnie przyleciał. W pierwszej chwili pomyślałam, że oszalałam, goszcząc kogoś, kogo praktycznie w ogóle nie znam. Niemniej, byłam w na tyle komfortowej sytuacji, że zawsze mogłam wyrazić sprzeciw i odesłać gościa tam skąd przybył. Tak się złożyło, że przyleciał do mnie pierwszy raz dwa lata temu i jest przy mnie do dziś.
Pierwszy rok był dla nas trudny. Musieliśmy wytrzymać odległość, długie rozłąki, planowanie lotów, zdawanie egzaminów na studiach w pośpiechu tylko po to, aby jak najszybciej się spotkać. W ciągu roku, zwiedziliśmy razem kawałek Europy. Próbowaliśmy widywać się raz w miesiącu lub co najmniej co dwa. Nie było łatwo. Czasami pojawiały się rozterki czy, aby na pewno dobrze się rozumiemy, bo nasze kultury kompletnie się od siebie różnią.
Przyzwyczaić się można do wszystkiego, z czasem zapominałam, że muszę komunikować się z nim w innym języku. Najgorsze było oczekiwanie i odliczanie dni do następnego spotkania.
Przez rok życia ,,na odległość’’, nie pojawił się ani jeden dzień zwątpienia, że robię coś nadaremnie. Czułam wewnątrz, że chyba tak ma być i, że to dopiero początek czegoś dobrego. W przeciwieństwie do mnie, ludzie którzy mnie otaczali; rodzina, znajomi, nikt do końca nie był przekonany, że cała ta relacja ma jakikolwiek sens. Rodzina przede wszystkim drżała, że wyjadę, a wielu znajomych żyło w przekonaniu, że po prostu ,,poleciałam’’ na cudzoziemca. Nie miałam siły ani chęci, aby tłumaczyć każdemu z osobna, kim jest Alberto, jakim jest człowiekiem, i że to nie taki ,,TYPOWY WŁOCH’’, jak każdy z nich myślał. Nie poddawałam się i brnęłam dalej w tę znajomość, bo czułam się SZCZĘŚLIWA. Nikt nie dawał wiary, że to przetrwa. Każdy oceniał sytuacje według schematu ,,wakacyjnej znajomości’’ i insynuował, że to nie możliwe żeby on był w 100% uczciwy, jeżeli jesteśmy tak daleko od siebie. Nie wiem czy ludzie chcieli ukarać mnie w jakiś sposób tymi słowami. Właściwie za co? Bo do kategorii troski tego nie zaliczam. Ci, którzy trzymali za nas kciuki od początku, trzymają je do dzisiaj i cieszą się naszym szczęściem.
To tak samo, jak z osiąganiem celu. Nieważne ile osób chce ciągnąć Cię w dół. Jeżeli czujesz, że nie robisz czegoś na siłę, czujesz się w 100% sobą, a to co robisz dodaję Ci skrzydeł, to oznacza, że JESTEŚ W DOBRYM MIEJSCU I O WŁAŚCIWYM CZASIE. I nie przestawaj, walcz. To dotyczy wszystkich zagadnień w naszym życiu; praca, sport, hobby, rodzina.
Wiem, że po takim sprawdzianie jesteśmy w stanie przetrwać wszystko. Często wspominamy ten czas, który kosztował nas wiele poświęceń i wytrwałości. Dla mnie znajomość z Albertem jest lekcją dojrzałości. Rozmawiając ze sobą jedynie po angielsku musiałam bardzo precyzyjnie formułować to, czego od niego odczekuje. Mówić o swoich potrzebach, w taki sposób, aby mnie zrozumiał. Musiałam nauczyć się akceptować różnice kulturowe, rozbieżne tradycje i nawyki. Przecież też się kłócimy. Mój przyjazd do Mediolanu oznaczał dla niego jeszcze większy wydatek energii, aby wspierać mnie w trudnych chwilach i pomagać w życiu codziennym, tak abym mogła osiągnąć pewną niezależność w obcym dla mnie kraju.
Najbardziej zabawny jest fakt, że pierwszy raz będąc w Mediolanie tylko po to, aby odwiedzić Alberta czułam, że pewnego dnia zatrzymam się tu na dłużej.
20 listopada świętowaliśmy 2 lata razem. Nie wiemy co nas jeszcze czeka, niczego nie zakładamy. Staramy się sprostać swoim oczekiwaniom. Najważniejsze to tworzyć silną drużynę; szukać rozwiązań, spełniać wspólnie marzenie, dawać sobie poczucie bezpieczeństwa, akceptacji i obdarzać się szacunkiem. Reszta układa się sama.

Jeżeli spodobał się Tobie mój wpis, daj mi o tym znać:
– w komentarzu, tu na blogu,
– udostępniając i komentując na Facebook’u

W każdy post wkładam dużo serducha, a Ty wskazujesz mi właściwą drogę 😉
Ponadto, spotkasz mnie także na Instagramie, a do bezpośredniego kontaktu zapraszam Cię przez mail: ochmilano@gmail.com

Buziaki,

Dominika

Zapisz

You Might Also Like